Milczenie owiec recenzja

Rzadko zdarza się, aby doskonała proza z gatunku thrillera została równie dobrze zekranizowana. Tu natomiast można mówić o swoistym wyjątku. Mimo, że po 20. latach od premiery można dopatrzyć się kilku słabych punktów w tym dziele oraz paru schematycznych rozwiązań fabularnych, to sposób reżyserii, utrzymywania widza w stałym napięciu oraz wydobycia z aktorów tego co w nich najlepsze, niewątpliwie robi wrażenie. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie- dzisiaj takich filmów już się nie robi.

 

Rzecz w „Milczeniu owiec” kręci się wokół seryjnego mordercy, zwanym Buffalo Billem. FBI chce schwytać złoczyńca, lecz za bardzo nie ma na to pomysłu. Kluczem do sukcesu jest tutaj Clarice Starling- jeszcze studentka, lecz już wkrótce agentka federalna, odznaczająca się odwagą, profesjonalnym podejściem do zawodu i ambicją. Nie pomyślcie jednak, że od razu zostaje przydzielona jej sprawa schwytania Billa, ma bowiem tylko i aż obserwować słynnego Hannibala Lectera- psychiatry i kanibala, umieszczonego w szpitalu psychiatrycznym do końca życia. To właśnie Hannibal może okazać się kluczem do całej zagadki, gdyż jak nikt inny potrafi ułożyć profil seryjnego mordercy, jest niezwykle inteligentny, więc FBI widzi w nim szansę. Ale co z tego, skoro Lecter nie współpracuje z funkcjonariuszami. Coś się zmienia, gdy pojawia się właśnie Sterling, pierwsza kobieta w życiu  Hannibala od długiego czasu. Między tymi dwoma postaciami rodzi się niezwykle szczera relacja, w której doktor podpowiada, ale zwodzi jednocześnie, wystawia inteligencję i przebiegłość bohaterki na próbę. Ta natomiast chce jak najwięcej się dowiedzieć, ale i jak najmniej powiedzieć od siebie. Liczne konfrontacje słowne pomiędzy Lecterem, a Sterling są gratką dla widza, który bez mrugnięcia okiem może napawać się tą psychologiczną grą. Jonathan Demme- reżyser, większość ujęć w szpitalu kręci na zbliżeniach, uwydatniając emocje aktorów wcielających się w swoje postaci. A aktorzy dobrani zostali wybornie- dopiero teraz można w całości podziwiać kunszt Anthony’ego Hopkinsa i porównać rolę w „Milczeniu owiec” z teraźniejszymi wyczynami aktora- niesamowicie zmarnowany talent. Jodie Foster natomiast gra na swoim dobrym poziomie, kiedy trzeba jest odważna, potrafi również przekonująco się bać. Jej talent uwydatnia się w całości dopiero pod koniec filmu, kiedy końcowe sceny przebiegają już pod jej dyktando.

laurem.pl laptopy poleasingowe kraków

Demme pomiędzy poszczególnymi scenami wtrąca od czasu do czasu ujęcia ukazujące poszukiwanego  mordercę, pokazując widzowi wystarczająco dużo, ale nie za dużo, nie zdradzając szczegółów. Nie brakuje w filmie też scen okrutnych z wizualnego punktu widzenia, które w tego typu opowieściach są niezbędne. Do takich można zaliczyć scenę sekcji zwłok, czy sekwencję w Memphis będącą dziełem Lectera, do tego dochodzą poszczególne ujęcia przewijające się co jakiś czas podczas oglądania. Co do samej sprawy… Starling dochodzi do wszystkiego krok po kroku, drążąc i kopiąc, zbierając kolejne małe dowody. Widz wie kto jest mordercą, więc Demme nie opiera narracji na końcowym efekcie zaskoczenia. Z maestrią za to konstruuje mglistą atmosferę. Ograniczające przestrzenie, mroczny klimat, małe pomieszczenia są niezbędne, aby pozbyć widza poczucia bezpieczeństwa i pozwolić mu poczuć grozę oraz utożsamić się ze Sterling. Podobną funkcję pełni muzyka.

 

Nie da się jednak ukryć, że „Milczenie owiec” ma też słabe punkty. Akcja „Siedem”, czyli filmu Davida Finchera o podobnej tematyce,  co film Demme’a, rozgrywa się w mieście anonimowym, w którym wpływ zewnętrznych bodźców ograniczony został do minimum, co psuje pozornie bezpieczną wizję świata. W „Milczeniu owiec” natomiast cała sprawa jest nagłaśniana przez media, które nią żyją, przez co wszystko staje się zbyt jasne i jednoznaczne. Trochę to nie pasuje do konwencji dzieła, jest zbyt schematycznym posunięciem, bez którego można było się obyć. Biorąc po raz kolejny na warsztat „Siedem”- model mordercy z tego filmu jest zupełnie inny niż w omawianym przeze mnie obrazie. Fincher podkreślił, że seryjnym mordercą może być nawet nasz sąsiad, inteligentny mężczyzna, zupełnie przystosowany do społeczeństwa, kulturalny i przeciętny. Demme natomiast stworzył portret aspołecznego psychopaty, transwestyty. Z jednej strony to dobrze, bo ciężko go rozgryźć, postać ta posiada bowiem wiele sprzecznych ze sobą cech i jest bardziej niebezpieczna (dla widza), lecz i tak bardziej przekonuje mnie ten pierwszy model, jest bardziej wiarygodny. Mam również zastrzeżenia do samego zakończenia „Milczenia owiec”. Jest w nim coś z optymizmu, hollywoodzkiego happy-endu, nie da się ukryć, że jest to tanie posunięcie, ale reżyser najwyraźniej nie chciał swoim filmem zasiać niepewności w umysłach publiczności, trochę naciągając swoją opowieść na jej użytek. Oczywiście można rzec, że Fincher ze swoim „Siedem” miał kilka dobrych lat przewagi i autorską wizję, a Demme powieść, na której musiał się oprzeć, a co z tego- wynika sztywne ramy i ograniczenia fabularne.

 

Pomijając wszystkie wady „Milczenia owiec”- jest to kino, które na zawsze pozostanie wielkie. Przecież scena konfrontacji Sterling z mordercą to istny majstersztyk, a zwłaszcza ujęcia, podczas których wszystko widzimy z perspektywy noktowizora oraz obserwujemy emocje malujące się na twarzy bohaterki- przerażenie, lęk, niepewność. Reżyserzy współczesnych thrillerów opartych na wytartych już schematach mogliby uczyć się od Demme’a. Pozycja obowiązkowa dla każdego.

Juliusz Żebrowski

Jesteśmy częścią StacjaKultura.pl

Tytuł oryginalny: The Silence of the Lambs
Produkcja: USA
Rok wydania: 1991r.
Reżyseria: Jonathan Demme
Scenariusz: Ted Tally
Zdjęcia: Tak Fujimoto
Muzyka: Howard Shore
Obsada: Anthony Hopkins, Jodie Foster, Ted Levine
Gatunek: Thriller
Czas trwania: 118 min.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *