Miłość recenzja filmu

Postawię na szczerość. Decyduję się na to, mimo renomy reżysera, który imponuje dotychczasowymi dziełami. Decyduję się również, mimo prestiżowej nagrody w Cannes, którą film otrzymał oraz mocy pochlebnych ocen. Być może wyjdę na ignoranta z wrodzoną, bądź nabytą znieczulicą, ale zabezpieczanie się w kwestii własnej opinii i sztuczne doszukiwanie wartości ponad stan jest niegodne. Stąd, niestety będzie to recenzja o założeniach, nie o stanie rzeczy. O tym, jakie reakcje powinny zajść, a z trywialnych przyczyn tak się nie stało.

 

Zwyczajowo w recenzji pierwszy akapit poświęcony jest zarysowaniu istoty akcji filmu. W przypadku miłości to zbyteczne, bo fabuła zamyka się w czterech punktach konstrukcyjnych:
1) Przedstawienie bohaterów – Georges (Jean-Louis Trintignant) i Anne (Emmanuelle Riva) mieszkają w Paryżu. Jest to para starszych ludzi, emerytowanych nauczycieli muzyki, żyjących wspólnie w szczęśliwym małżeństwie o pięćdziesięcioletnim stażu. 2) Wylew u kobiety 3) Postępująca agonia, zarówno nie mogącej się pogodzić z chorobą żony, jak i opiekującej się nią męża. 4) Rozwiązanie akcji.

sponsoruje nas laurem.pl laptopy poleasingowe Kraków

Absolutnie nie można mieć zastrzeżeń do języka filmu, którego formy zostały wykorzystane tak, by widz odczuł, że reżyser pokłada w nim zaufanie. Przestrzeń została zbudowana za pomocą statyczności, i to zarówno w sferze pracy kamery, jak i scenografii. Miejscem akcji jest zwyczajne mieszkanie, zaś kamera nieubłaganie tkwi na statywie, podążając za bohaterami wyłącznie w momentach, gdy dramatyczność przenosi się w sferę mimiki aktorów. W konsekwencji, to widz w znacznym stopniu, musi sobie wykreować topografię miejsca akcji. Konsekwentnie realizowane są bardzo długie sekwencje, które mają dać widzowi poczucie męczącej monotonii, starczej bezsilności, tak, by zrozumiał, że w rozciągłości i dłużyźnie tego obopólnego bólu tkwi prawdziwy dramat. Relacje małżonków są dostępne nie tylko gdzieś między słowami, ale wielokrotnie dochodzi do bezlitosnych rozmów. Stałym elementem scenariusza są okrutne niedomówienia, które zawieszone w kluczowych momentach dyskusji, czynią dzieło otwartym.

 

Właściwa akcja toczy się więc poza punktami konstrukcyjnymi: we wszechogarniającej ciszy, w statyczności przestrzeni, między pozornie nieistotnymi dialogami, w których drzemie prawdziwy ból i prawda, w kreacji gestów, w surowości obrazu i czystości przekazu. To wszytko brzmi, jak przepis na ambitny film, obficie polany wybitnym, wieloznacznym i problematycznym przesłaniem, ale w tym przypadku mówię dość! Miłość nie porusza niczego, co nie byłoby już, kolokwialnie mówiąc, oklepane. Nie ujmuje również żadnego problemu od nowej, nawołującej do bolesnego namysłu strony. Nie wywołuje uczuć, nie chwyta za gardło, nie drażni, nie prowokuje, nie pochłania. Być może film Hanekego jest prawdziwy, ale prawda ta jest już przetarta. Nieskończenie aktualna, ale jednak przetarta.

 

Wybaczcie krnąbrność, ale uważam, że ten film jest festiwalem bezpłciowych oczywistości ubranym w grubą warstwę pseduoambitności, dodatkowo okryty nieprzekonującą symboliką. Niedomówienia scenariusza nie stawiają pytań, których byśmy nie znali. Decyzje bohaterów nie dają odpowiedzi, które mogłyby prowokować do szczerych i nowych przemyśleń. Przeciągnięte do granic wytrzymałości sceny okrutnej zwyczajności miały spowodować, że widz będzie miał poczucie, że obcuje z prawdą bohaterów, jest obok nich, zna tajemnicę i przez to więcej rozumie, wręcz solidaryzuje się z nimi. Niestety ja w tym mieszkaniu nie znalazłem się ani przez sekundę. Z seansu wyszedłem absolutnie pusty. Nawet nie uczuciowo czy umysłowo zmęczony, a znużony i całkowicie obojętny. Starałem się dać temu filmowi więcej szans niż na nie zasługuje, ale niestety brakuje w tej sztuce nowego światła, które w intrygujący sposób wskazywałoby na nieznane dotąd przemyślenia.

 

Czym jest miłość według Haneke? Odpowiedzialnością za słowa ,,i że nie opuszczę Cię aż do śmierci”? Jeśli tak, to dobitnie pokazanie realnych konsekwencji tej obietnicy nie pociąga za sobą moralnych rozterek. Okrutność starości niczego nie zmienia, ukazana nawet w aż tak ,,intymnej” formie.
Może miłość jest ukazaniem niejednoznaczności w obliczu śmierci? Haneke zadaje wytarte pytanie czy lepsze jest życie za wszelką cenę, czy godna śmierć? Oczywiście nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi, więc i film ukazuje niejednoznaczność. Jednak i ta konwencja nie przekonuje, nie prowokuje. Jest po prostu pusta.
Miłość to oddanie, to poświęcenie, to walka z narzuconą przez los rolą opiekuna bądź ofiary, to pozbycie się złudzeń, to składanie obietnic, z którymi się nie zgadzamy, ale które składamy, bo szczęście drugiej osoby warunkuje nasze. Wreszcie miłość to wybór między gorszym, a lepszym złem. Czy te definicje nie brzmią… No właśnie.
Paweł Rezmer

Tytuł oryginalny: Amour
Reżyseria: Michael Haneke
Scenariusz: Michale Haneke
Produkcja: Austra, Francja, Niemcy
Zdjęcia: Darius Khjondi
Obsada: Jean-Louis Trintignant, Emmanuelle Riva
Gatunek: Dramat
Premiera: 2 listopada 2012 (Polska), 20 maja 2012 (Świat)
Czas trwania: 2 godz. 6 min.
Ocena: 6/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *