Miasteczko Halloween recenzja filmu

Chodzi oczywiście o wieczne dziecko kinematografii– Tima Burtona, malującego przed widzami pejzaże światów, zrodzonych w sennych podróżach dziecka. Wycieczkach zarówno udanych i pełnych dobrych emocji, jak i tych przerażających i koszmarnych– podnoszących z łóżka z krzykiem przerażenia, wydobywającym się z szeroko otworzonych ust. „Miasteczko Halloween”, czyli film, który w magiczny sposób łączy ze sobą kojarzące się z upiorami, zaświatami i ciemnymi tonacjami kolorów święto osób, które zdążyły dokonać swego ziemskiego żywota oraz bajecznie kiczowate, pełne jaskrawych tudzież żywych kolorów, pachnące sosną i świerkiem, promieniujące błyszczącym uśmiechem święto- patronowane przez pewnego korpulentnego jegomościa z siwą brodą i czerwonym kubrakiem rodem z plakietek Coca-Coli. Pozornie niemożliwe, w szczególności w polskich realiach, które wciąż wzbraniają się przed aktualizacją podejścia do przełomu października i listopada, czyniąc ze święta kolejny powód do użalania się nad marnością życia czy ludzkim losem. Pozornie niemożliwe, a jednak wykonane– i to w sposób, nie bójmy się użyć tego słowa, mistrzowski.

Znalezienie wspólnego gruntu dla tak odległych- może nie na kalendarzu, ale w ludzkiej świadomości- świąt wymagało od Burtona niemałej kreatywności, a że tej mu nie brakuje, to wpadł on na pomysł stworzenia alternatywnego dla świata ludzkiego, ale realnie istniejącego uniwersum świątecznego. Wyodrębnił najważniejsze i najbardziej widowiskowe święta, które zalewają na czerwono kartki naszych kalendarzy, a w epicentrum nowego świata ustawił kilka drzew, które służą również jako drzwi pomiędzy świątecznymi rzeczywistościami. Mamy, dla przykładu, drzewo z drzwiami w kształcie pisanki, prowadzące do świata wielkanocnego. Mamy je przedstawiające wydrążoną dynię– te otwierają oczywiście świat tytułowego miasteczka strachów. Są w końcu drzwi w kształcie przyozdobionej choinki, prowadzące wędrowca do lukrowanego świata elfów, reniferów i dziecięcych rumieńców, oblewających rozradowane twarze. Właśnie w te ostatnie wpada idol wszystkich straszydeł, najstraszniejszy z najstraszniejszych przerażaczy– Jack Skellington, czy jak kto woli: Król Dyń.

Bohater nieco znudzony rolą, która przypada mu co roku. Mający dość okrzyków zwiastujących panikę i ucieczkę, poszukujący czegoś nowego, odległego od mrocznego świata miasteczka Halloween. Łatwo domyślić się, jak wielkie wrażenie musi wywrzeć na nim świat świąt Bożego Narodzenia– uderzający najżywszymi barwami po jego zapadniętych w czaszce oczodołach, rozbijający na jego kościstej twarzy zapachy lukrowanych babek, choinek oraz cukierkowych łakoci, zwisających z ledwie utrzymujących słodki ciężar zielonych gałązek. W głowie Króla Dyń, jeśli czaszkę można nazwać głową, kiełkuje pomysł– podebrać Boże Narodzenie Mikołajowi i udowodnić, że strzygi, wampiry, kościotrupy oraz całe rzesze stworów z dziecięcych koszmarów- potrafią urządzić Boże Narodzenie tak samo dobrze, jeżeli nie lepiej niż mieszkańcy wioski, znajdującej się za drzwiami w kształcie udekorowanego drzewka.

Od tego, kluczowego dla rozwoju fabuły momentu- „burtonowska” maszynka wyobraźni rusza na całego. W workach drżą wielkanocne króliki, gdzieś po ciemnych komnatach Mikołaj prowadzi grę o życie ze złośliwym potworem spod łóżka– Oogie’em Boogie’em. Rzesze straszydeł z zaangażowaniem oddają się produkcji upiornych zabawek, a ich guru paraduje po mieście w czerwonym kostiumie i przypinanej do czaszki siwej brodzie– świat na opak, dosłownie.

Prócz niezwykle ciepłej, przepełnionej humorem i wzruszeniem atmosfery, „Miasteczko Halloween” zachwyca również- a może przede wszystkim- magiczną animacją, która (wydaje się) po prostu nie ma granic. Stwory rodem z najdziwniejszych fantazji robią wszystko to, czego oczekują od nich twórcy– nawet najmniejszy bohater rozpatrywany oddzielnie potrafi urzec swoją króciutką historią, małym, ale sugestywnym gestem. Cały niezwykły świat przepełnia muzyka, która pojawia się na każdym zakręcie miasta Halloween. Piosenek wykonywanych przez bohaterów słuchałoby się świetnie- nawet wtedy, gdy nie widzielibyśmy tego, co dzieje się na ekranie. Połączenie wizji z fonią potęguje pozytywny efekt, a widz szybko daje porwać się Skellingtonowi i jego „strasznej” świcie. Wszystko pasuje do siebie jak ulał. „Miasteczko” jest taką małą układanką z przepięknym obrazkiem, który stanowi efekt końcowy układania.

Tim Burton, przy pomocy całego zastępu animatorów, reżyserów czy muzyków, stworzył arcydzieło filmu animowanego, ale i jedną z najlepszych produkcji o tematyce świątecznej w ogóle. Nie dość, że „Miasteczko Halloween” jest po prostu perfekcyjnie poprowadzoną historią, której wykonanie stoi na poziomie mistrzowskim po dziś dzień, to jeszcze z niesamowitą lekkością łamie wszelkie schematy, dotyczące filmów stricte o Bożym Narodzeniu czy Halloween. Tworzy niezwykle udany kolaż albo- jak już wspominałem- układankę, której układanie sprawia widzowi niesamowitą przyjemność, gwarantując tym samym uśmiech od ucha do ucha- w czasie układania i na długo po nim– na samo wspomnienie świetnej, ale i niepozbawionej refleksji zabawy.[strona_podzial]
autor recenzji: Filip Jalowski

Jesteśmy częścią StacjaKultura.pl i tekst jest własnością tego serwisu. Sponsoruje nas laurem.pl laptopy poleasingowe Kraków

Tytuł oryginalny: Nightmare Before Christmas
Produkcja: USA
Rok wydania: 1993
Dystrybutor: Imperial
Reżyseria: Marek Robaczewski, Henry Selick
Scenariusz: Tim Burton, Caroline Thompson
Zdjęcia: Pete Kozachnik
Muzyka: Danny Elfman
Obsada: Chris Sarandon, Danny Elfman, Catherine O′Hara
Gatunek: Animacja, fantasy, musical
Czas trwania: 76 min.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *