Koszmar z ulicy Wiązów recenzja filmu

Poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, gatunek ten sprowadzony został do roli bastionu dla cierpiących na brak oryginalności i pozbawionych nowych pomysłów producentów. Przez taki rozwój wypadków, na ekrany współczesnych kin wracają więc kultowe postaci grozy, których imiona stały się swoistym znakiem rozpoznawczym złotej ery slasherów lat 80. poprzedniego stulecia.

Dzięki takim reżyserom, jak Marcus Nispel i Rob Zombie, na dużym ekranie ponownie zagościły takie sławy jak Jason Voorhees  z „Piątku Trzynastego”, Mike Myers z „Halloween” oraz Leatherface z „Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną”. Kwestią czasu był więc powrót słynnego seryjnego mordercy w charakterystycznym pasiastym swetrze i rękawicą z szeregiem ostrzy. Jednak Freddy Kruger, który przez wiele lat skutecznie eliminował kolejnych mieszkańców Elm Street, tym razem przeszedł niespotykany dotychczas w serii lifting. Czy wyszedł mu on na dobre? Niezupełnie.

Oryginalny „Koszmar z Ulicy Wiązów”, nakręcony w 1984 roku przez Wesa Cravena, okazał się wielkim przebojem. Przerażająca opowieść o psychopatycznym mordercy dzieci, który po latach powraca zza grobu, aby torturować je w snach, wzbudzała lęk i niepewność u widowni zebranej po obu stronach Atlantyku. Dzięki niepowtarzalnemu klimatowi, widowiskowym i okrutnym scenom mordu, a także świetnej grze Robert Englunda, film szybko zdobył uznanie amerykańskiej publiczności i do dnia dzisiejszego sukcesywnie okupuje czołówki wszelkich plebiscytów związanych z filmowym horrorem.

Za sprawą Michaela Baya, który tym razem zasiadł na stołku producenta, oraz dotychczasowego twórcy muzycznych klipów, Samuela Bayera, „Rzeźnik z Springwood” powrócił. Nowy „Koszmar z Ulicy Wiązów” miał nie tylko powtórzyć sukces pierwszej części, ale też wnieść świeżość w wyeksploatowaną już do granic możliwości serię. Twórcy nowej wersji postawili na realizm, uwspółcześniając znanych z oryginału bohaterów oraz zmieniając całkowicie wygląd i zachowanie czarnego charakteru. Freddy, grany w nowej odsłonie przez Jackie′go Earle′a Haley’ego w niczym nie przypomina dobrze znanej nam wszystkim postaci. Charakteryzatorzy postarali się, aby oszpecona w skutek płomieni twarz Krugera, była bardziej realistyczna, niż miało to miejsce w pierwowzorze. A czarny humor będący nieodłącznym elementem postaci, został zredukowany do minimum. Choć Freddy nadal pozostaje bezlitosnym zabójcą, to wydaje się, że twórcy wymyślając różne zabiegi mające dodać mu realizmu, odarli go ze wszystkiego, co w tej postaci było interesujące – co gorsza, nowy Freddy nie jest nawet straszny.

Właśnie ten brak strachu jest największą wadą filmu. Produkcja Bayera, pomimo wielu zabiegów i usilnych starań, nie wzbudza w widzu lęku.  Wszelkie momenty, które mają na celu podnieść ciśnienie, nie są rezultatem świetnie prowadzonych scen grozy czy umiejętnie budowanego napięcia, ale wynikiem głośnego efektu dźwiękowego. Taka taktyka niestety stosowana jest przez cały film. Podobnie rzecz ma się z przedstawionymi w obrazie sekwencjami snu. To, co sprawiało, że historia opowiedziana w poprzednich częściach działała, to fakt, że przejścia pomiędzy jawą a snem były na tyle subtelne, że aż niewykrywalne. Oglądając oryginalny „Koszmar z Ulicy Wiązów” trudno było dostrzec granicę, jaka dzieliła od siebie oba światy, często nie byliśmy w stanie wychwycić nawet momentu, w którym akcja przenosiła się do sennego królestwa mordercy.

Dzięki takiemu zabiegowi, nagłe pojawienie się na ekranie Freddy’ego było efektowne oraz z miejsca budziło zaskoczenie i strach. Bayer w swoim remake’u idzie w zupełnie innym kierunku. Granicę, która oddziela świat snu i jawy oddziela od siebie grubą linią, przez co od pierwszej do ostatniej minuty wiemy dokładnie, w którym momencie pojawi się Freddy, a jedyne nad czym możemy się zastanawiać, to fakt, jak ginąć będą kolejne osoby. Niestety, na tym polu również możemy poczuć się mocno rozczarowani. Seria „Koszmaru z Ulicy Wiązów” zawsze obfitowała w ciekawe i efektowne sceny śmierci. Wystarczy przypomnieć sobie chociażby, słynną z oryginału, w której jeden z bohaterów zostaje nagle wciągnięty do swojego własnego łóżka, z którego po chwili wystrzeliwuje fontanna krwi. Scena do dzisiaj pozostaje jedną z najstraszniejszych i najbardziej przerażających momentów w historii kina grozy. Co więc oferuje remake? Nic nowego.

Pomimo zastosowania widowiskowych efektów specjalnych, wszystkie śmierci, jakie uświadczymy w nowej odsłonie, są niczym innym, jak kserokopią scen znanych z poszczególnych części cyklu.

Kolejnym słabym punktem filmu są aktorzy. Rooney Mara (Nancy), Thomas Dekker (Jesse), Katie Cassidy (Kris) czy Kyle Gallner (Quentin), nie dorównują swoim charyzmatycznym poprzednikom. Odgrywani przez nich bohaterzy są nijacy, przez co nie łatwo jest kibicować któremuś z nich. Trudno jednoznacznie stwierdzić czy jest to wina słabego scenariusza, czy aktorów, którzy w tej produkcji prezentują się wyjątkowo słabo. Poziom podnosi jedynie znany z roli Rorschacha w kinowej adaptacji „Strażników” Jackie Earle Haley, który – choć nie miał dużego pola do popisu – całkiem nieźle zastąpił w roli Krugera jego dotychczasowego odtwórcę, legendarnego Roberta Englunda. Szkoda tylko, że przez charakteryzację, która ograniczyła mimikę twarzy, nie mógł w pełni rozwinąć skrzydeł i ukazać swojego aktorskiego talentu.

Remake „Koszmaru z Ulicy Wiązów” jest więc nie tylko słabym rebootem klasycznego filmu grozy, ale przede wszystkim marnym horrorem. Kultowa pozycja sprowadzona została do poziomu, jaki prezentują obecnie kiepskie, nastawione na krwawą jatkę horrory klasy B. Samuel Bayer nie wykorzystał potencjału, jaki niósł ze sobą pomysł na realistyczne podejście do filmu, a szkoda, bo gdyby produkcja znalazła się w rękach lepszego reżysera, to z odpowiednim scenariuszem mógłby wyjść obraz mający szansę przynajmniej dorównać oryginałowi. Niestety, ale kilka nieźle zrealizowanych scen i bardzo dobra ścieżka dźwiękowa to za mało, aby zdobyć sympatię nowych fanów. Zamiast więc wydawać pieniądze na nową wersję, lepiej przypomnieć sobie oryginał Wesa Cravena, który pomimo upływu 26 lat ani trochę się nie zestarzał i do tej pory wywołuje na ciele gęsią skórkę. A jeśli chodzi o nową odsłonę, to polecam ograniczyć się tylko do trailera filmu. Jest dużo ciekawszy i straszniejszy, niż jego pełnometrażowa wersja.[strona_podzial]


Tytuł oryginalny
: A Nightmare on Elm Street
Produkcja: USA
Rok wydania: 2010
Dystrybutor: Warner Bros.
Reżyseria: Samuel Bayer
Scenariusz: Wesley Strick
Zdjęcia: Jeff Cutter
Muzyka: Steve Jablonsky
Obsada: Jackie Earle Haley, Kellan Lutz, Thomas Dekker, Kyle Gallner, Katie Cassidy
Gatunek: Horror
Czas trwania: 95 min.

Ocena:
3/10

Autor: Łukasz Czarnecki

Tekst jest własnością StacjaKultura.pl, a witrynę utrzymuje AMSO Rent Wynajem komputerów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *