Kino gangsterskie: część II

Materiał o tytule: „Kino gangsterskie: część I” możecie przeczytać tutaj.

Reżyserzy zaczęli wykorzystywać stare metody robienia kina, tworzenia i sklejania poszczególnych wątków oraz wszechstronnego czerpania różnych scen z innych filmów. Takie metody sprawdziły się, pobudziły nostalgię za starym dobrym kinem gangsterskim oraz nieco ożywiły kondycję filmu mafijnego poprzez pokazanie go z innej perspektywy – zmodyfikowanej i ironicznej. Być może jest to oznaką, że „stara szkoła” gangsterska już się skończyła, skoro coraz częściej czerpie się z innych pomysłów i wtapia we współczesne realia (oczywiście nie zawsze), ale nie zmienia to faktu, że zawsze coś się musi skończyć, aby dać się narodzić czemuś innemu. Mimo wszystko, w XXI wieku ciągle od czasu do czasu pojawiają się sygnały, że twórcy chcą powrócić do lat 30. XX wieku i robią to czasami lepiej, innym razem gorzej. Takich prób jest jednak mało, a kino gangsterskie wręcz wtapia się i miesza z komediowym czy sensacyjnym…

Wspomniałem wcześniej o „Ostatnim sprawiedliwym”. Mimo, że pastisz został tam użyty, to poczyniono to w zupełnie innym celu, niż w filmach Ritchiego i Tarantino. Są to zupełnie różne od siebie rozdziały i chyba należy je traktować osobno. A nad „Ostatnim sprawiedliwym” nie potrzeba się długo rozwodzić, bo to kino zachęcające, ale nie wnoszące niczego nowego do świata filmu. Inaczej było z „Przekrętem” Ritchiego  czy „Wściekłymi psami” i „Pulp Fiction” Tarantino. Pierwszego obrazu Quentina nie należy jednak nazywać produkcją o tematyce gangsterskiej, bo tematyka napadu na bank raczej nie przypomina tego typu kina. No właśnie, ale że Tarantino ma specyficzny (perfekcyjny) styl reżyserii, wie jego każdy fan, więc nie powinniśmy w jego przypadku wykluczać wstawek z praktycznie każdego gatunku jaki tylko istnieje. Reżyser ten oczywiście bardziej uwydatnił to wszystko w 1994r. w „Pulp Fiction” – w filmie, który już chyba zawsze będzie uważany za najwybitniejszy w jego dorobku. Produkcja ta jest obrazem gangsterskim naszych czasów. Przedstawiona została przez Quentina ze skromnym realizmem, oprawiona dosłowną ironią i charakterystycznymi bohaterami. Bez zbędnego patosu oraz narzucania schematów. Tarantino tworząc ten film zaczerpnął kilka pomysłów z innych obrazów – np. scena gwałtu na Marsellusie Wallace’ie zaczerpnięta z produkcji pt. „Deliverance”. Oglądając „Pulp Fiction” czuje się klimat późnych lat 80., ponadto historia gangsterów w nim przedstawiona jest powierzchowna, ale też specyficzna, bo nieschematyczna, bez początku i końca, pozbawiona sedna. Tarantino postawił na formę, a nie na fabułę. Ważniejsze w tym filmie są poszczególne epizody, a nie chronologiczność i jasne zakończenie typowego gangsterskiego rzemiosła. Poza tym trudno porównać „Pulp Fiction” do chociażby „Człowieka z blizną”, bo są to zupełnie inne nurty kina. Jak już wspomniałem, pod koniec XX wieku narodził się pastisz, historie gangsterskie są ubarwiane dodatkowymi elementami, czasami pojawia się w nich komizm sytuacyjny i ironia- nazywane jest to coraz częściej postmodernizmem, gdyż reżyserzy mieszają wszelkie konwencje, dlatego czasami trudno znaleźć w filmach elementy kina gangsterskiego. Można na to spojrzeć z perspektywy czasu i dostrzec jak gatunek filmowy się zmienił od fenomenu m.in. „Ojca chrzestnego”.  Bo np. „Przekręt” Ritchiego czy „Pulp Fiction” Tarantino, które nazywany są dziś filmami gangsterskimi w ogóle nie przypominają trylogii Coppoli. Zaznacza się różnica pokoleń, jak i postrzegania kina, które dzisiaj tak naprawdę odzwierciedla to co chce oglądać publiczność, a zachcianki mają to do siebie, że się zmieniają co dokładnie widać na powyższych przykładach.

Z „Przekrętem” jest o tyle ciężko żeby go zdefiniować, bo przed i po tym przedsięwzięciu (lecz ogromna większość po) powstała duża ilość filmów o podobnej tematyce – tytułowego przekrętu Obraz Ritchiego ma jednak to do siebie, że uznawany jest za najwybitniejszy z nich wszystkich. Poza tym reżyser w swojej produkcji przedstawił różne sytuacje i schematy postępowania dostrzegane w klasycznym kinie gangsterskim, z tym że zabarwił je ironią i komizmem. W tym wszystkim widać pasję Ritchiego gatunkiem mafijnym oraz oryginalne podejście do tematu – bez zbędnych psychologicznych dłużyzn, postawienie na zawiłość i zabawę bez wykluczania ironicznych elementów typowo gangsterskich. Zresztą to samo reżyser przedstawił nam w debiutanckich „Porachunkach” oraz w „Rock’n’Rolla” z 2008r. „Przekręt” uchodzi jednak za pioniera w dorobku tego twórcy i nic dziwnego, bo ogląda się go wyśmienicie, a poza tym na ekranie występują znani nam aktorzy, którzy wcielają się w tym obrazie w dość komiczne postaci (np. Brad Pitt). A fabuła i tak kręci się wokół mafijnych porachunków, tyle że zmienia się perspektywa z jaką te wydarzenia sąpokazane. Śmiało możemy więc nazwać „Przekręt” obrazem gangsterskim.

Oprócz kina nasyconego pastiszem i ironią czasami pojawiają się jeszcze filmy gangsterskie, które sięgają do początków oraz wracają do lirycznej przeszłości gatunku. Jednym z takich obrazów jest „Ścieżka strachu” braci Coen. I choć film ten powstał 6 lat przed „Donnie Brasco”, na którym zakończyłem pierwszą część swojego tekstu, to produkcja ta raczej nie zalicza się do ponadczasowych klasyków gatunku. Nie dlatego, że „Ścieżka strachu” jest filmem słabym, wręcz przeciwnie, lecz  dlatego, że z brutalnością wskazuje nam schyłek człowieka wraz z jego całym dobrem, szacunkiem, sumieniem i duszą. Film ten jest proroczą wizją- raczej nie optymistyczną, bo wskazującą na koniec (koniec w każdym sensie- czy filmowym czy moralnym). Bo choć filmy Ritchiego czy Tarantino cały czas święcą sukcesy ze względu na swoją niepowtarzalność i nietuzinkowość (w zasadzie inne podejście do tematu) to obrazy naśladujące przeszłość zmierzają ku dnu, a „Ścieżka strachu” jest, jakby to ująć, dobrym, lecz pesymistycznym zakończeniem wszystkiego co doceniamy w klasycznym kinie gangsterskim.

W 2002r. do kin weszły dwa bardzo ważne, aczkolwiek różne od siebie, film gangsterskie. Zacznę od „Gangów Nowego Jorku” Martina Scorsese. Obraz ten trafił na ekrany po przejściach, czyli kilku dokrętkach i paru przemontowaniach. Podzielił widzów- jedni zachwycali się wizją Nowego Jorku, inni narzekali na słaby rys fabularny. Sama opowieść niestety nie trzymała w napięciu, oglądając film nie można było utożsamić się z bohaterami, bo ci byli ledwo co zarysowani, dlatego stawali się nam obojętnymi. Akcja rozgrywała się w XIX wieku, w samym środku trwania wojny secesyjnej, co też odróżnia produkcję od innych. Film zdecydowanie można nazwać gangsterskim, bo siłą opowieści Scorsese była przedstawiona rzeczywistość Nowego Jorku- walki o wpływy, politycznego chaosu, bezprawia i rywalizacji gangów o wpływy. Reżyser chciał nadać swojemu dziełu odrobinę symboliki, lecz ostatecznie jego bohaterowie wydały  się być marionetkami dokonującymi nielogicznych wyborów i budzących obojętność wśród przeciętnych oglądaczy. Laptopy poleasingowe Warszawa

Co innego mogliśmy jednak obserwować w „Drodze do zatracenia” Sama Mendesa, która wyszła w tym samym roku co „Gangi Nowego Jorku”. Obraz reżysera „American Beauty” można uznać za jedno  z najlepszych przedsięwzięć gangsterskich XXI wieku- o ile nie najlepszym. I znowu – opowieść gangsterska stanowi w tej produkcji jedynie tło, choć bardzo istotne i kluczowe. Z jednej strony „Droga do zatracenia” to historia utraconej niewinności oraz dzieciństwa, a z drugiej przedstawiony jest w niej motyw bolesnej zemsty. Ważnym jej aspektem są bohaterowie- Michael Jr. od zawsze chciał wiedzieć czym zajmuje się jego ojciec, lecz raz pojawił się w złym miejscu i w złym czasie, zobaczył rzeczy, których nie powinien widzieć i  te okoliczności zaważyły na całym jego dzieciństwie, zniszczyły światopogląd, zdezorientowały, ale też zbliżyły do ojca. A  Michael Sr. pragnął zemsty, za to jak został potraktowany, za brak lojalności wobec niego, za przemoc i okrucieństwo, na które został niesprawiedliwie skazany. Gdzieś za zewnętrzną skorupą faceta od brudnej roboty ukrył się wrażliwy człowiek, który uwydatnił się na jego twarzy po przeżytej tragedii. Te dwie kreacje oczywiście połączyły się w jedno i stworzyły niesamowite widowisko. Zemsta Michaela Sr. nie miałaby sensu gdyby nie smutek, który widać na twarzy postaci granej przez Toma Hanksa, a nie bezmyślna złość i garść cwaniactwa. „Droga do Zatracenia” to droga bez wyjścia, z której nie da się wycofać, stale popychająca do przodu, nawet jeśli ta wędrówka nie ma większego sensu i nie odmieni życia. Gangsterskie życie Michaela Sr. zepsuło go i jego rodzinę oraz zniszczyło szczątki szczęścia jakie w sobie posiadał. Sam Mendes swoją opowieścią zdegradował przestępczość i mafię, uwydatnił jej wady i wpływ na jej członków, brak lojalności i przywiązania pomiędzy wspólnikami oraz brutalne realia brudzące życie i niszczące ludzkie uczucia jak i dziecięcą niewinność. „Droga do zatracenia” to film ważny, refleksyjny, uczuciowy i przedstawiający życie gangsterskie od tej najgorszej- nielojalnej i degradującej strony.

Komputery Warszawa

Po filmach Mendesa i Scorsese nadszedł czas wielkiej pustki i śmierci klinicznej gatunku gangsterskiego. Co prawda powstały takie obrazy jak „Przekręt doskonały” czy „Przekładaniec”, ale ich fabuły były skupione bardziej wokół przekrętu niż zachowania elementów kina gangsterskiego. Choć w tym drugim filmie możemy dostrzec więcej znaków, że obraz ten skłania się ku ominięciu schematów. W „Przekładańcu” bowiem mamy do czynienia ze specyficznym głównym bohaterem- przestępcą, krętaczem, prawie gangsterem, który nie jest agresywny, a w swoim życiu nigdy nie trzymał w ręku broni. W związku z tym produkcja ta stanowi pewną alternatywę dla wszystkich innych filmów o przekrętach, bo ma do zaprezentowania kilka nowych ciekawych walorów- komizm sytuacyjny dzięki fantastycznej grze Daniela Craiga, ciekawie zarysowane postaci, szczególnie głównego bohatera oraz ukazanie absurdu życia. Nie możemy jednak w przypadku „Przekładańca” mówić o czystym kinie gangsterskim, choć film ten posiada swoje atuty, dzięki którym warto go zobaczyć.

Powrót do mafijnej i przestępczej, chciało by się rzec staromodnej jatki nastąpił w 2007r. kiedy to Ridley Scott nakręcił film pt. „American Gangster” z Denzelem Washingtonem w roli Franka Lucasa- czarnoskórego handlarza narkotyków, który po śmierci swojego bossa przejmuje stery w Nowym Jorku. „American Gangster” to chłodny i surowy obraz przedstawiający proces dostania się gangstera na sam szczyt nowojorskiej hierarchii. Ridley Scott w dobrym, aczkolwiek wcale nie entuzjastycznym stylu powraca do korzeni gatunku. Powiela bowiem schematy- filmowy konkurent Lucasa zbytnio go nie szanuje, a przestępcę stara się wytropić sławny i o dziwo uczciwy gliniarz, a poza tym swojemu dziełu nie daje takiej gangsterskiej energii, charyzmy i dozy nieprzewidywalności. „American Gangster” ogląda się więc przyjemnie aczkolwiek bez większych emocji. Nie ma jednak co ukrywać- bardziej czy mniej, Scottowi udało się  uchwycić klimat dawnego smacznego kina gangsterskiego drugiej połowy XX wieku. W 2007r. nakręcono jeszcze co najmniej dwa inne filmy, które pod względem czysto gangsterskim, warto znać.[strona_podzial]Pierwszym z nich są „Wschodnie obietnice” David Cronenberga. Akcja rozgrywa się w Londynie, lecz całość kręci się wokół rosyjskiej mafii handlującej żywym towarem. Cronenberg nakręcił wszystko w pesymistycznym i realistycznym klimacie- godnym deszczowego i pochmurnego miasta. Znakomitą rolę zagrał we „Wschodnich obietnicach” Viggo Mortensen (drugą po „Historii przemocy” Cronenberga), którego postać to mieszanina lęków i odwagi, brutalności i dobroci oraz niewinności i niewyobrażalnej siły. W roli szofera spisał się świetnie, zwłaszcza, że Cronenberg fabularnie wyniósł go pod niebiosa. Reżyseria tego filmu jest chłodna, brak tam szybkiej akcji, zapierających dech w piersiach monologów czy dialogów oraz chęci stworzenia wielkiej gangsterskiej legendy. A jednak- produkcja ta jest jedną z najlepszych z gatunku XXI wieku. Pozostaje tylko pytanie- czemu dystrybutorzy nie pokazali tego filmu w naszych rodzimych kinach, a DVD wypuścili dopiero trzy lata po premierze? Tego nie wiadomo, a szkoda. „Wschodnie obietnice” mają wielką siłę przebicia ze względu na swój realistyczny i brutalny charakter (na nagrodę zasługuje m.in. scena w łaźni), zgrabnie zbudowany scenariusz z piorunującym końcowym efektem oraz ten mocny, rosyjski klimat, który robi z obrazu krwawą gangsterkę. Wszystko w tej produkcji do siebie pasuje, Cronenberg znakomicie uwydatnił na ekranie emocje, którymi ta historia jest nasycona, a głównym bohaterem targają dylematy i taka ludzka niechęć do podporządkowywania się. „Wschodnie obietnice” to jednak odejście od klasyki gatunku, jest to film, który po raz pierwszy od wstępnych dokonań Ritchiego i Tarantino oznacza filmowy postęp tylko, że znowu z innej perspektywy – chłodnej oraz bez zbędnego patosu i atmosfery gęstości, lecz z pociągającym klimatem mafijnej opowieści.

Drugim ważnym filmem powstałym w 2007r. jest brytyjska biografia Carltona Leacha pt. „Zawód: Gangster”. Obraz ten wyróżnia się typowo angielskim podejściem do kina. Akcja produkcji rozgrywa się bardzo szybko, wydarzenie za wydarzeniem, a twórcy pozwalają sobie na uwydatnienie dużej ilości krwi oraz przemocy. Bohaterem tego widowiska od początku jest Carlton Leach – na początku piłkarski kibol o dużej sile rażenia, później bramkarz w poważanym klubie, a na końcu członek przestępczej grupy zajmującej się głównie narkotykami. „Zawód: Gangster” pokazuje łatwą drogę zdecydowanego człowieka na sam szczyt, ukazuje również brutalność świata, w którym nie można sobie pozwolić na odrobinę słabości czy litości oraz zaznacza, że poza zawodowym sukcesem człowiek przeżywa również osobiste porażki. Tak samo było w życiu Leacha- na ulicy agresja i odwaga pomagały mu w zdobywaniu sukcesów i pchaniu się na sam szczyt, a w życiu prywatnym wręcz nie umiał sobie radzić z rodziną, co odzwierciedliło jego moralną degradację. Film ten został wyreżyserowany z angielską charyzmą. Na ekranie często widać było starcia mafijnych czy gangsterskich grup- gangów, które nie odpuszczały sobie w walce o narkotykowy prymat. W tym wszystkim był Carlton Leach- symbol człowieka, który wiedział kiedy przestać, który w którymś momencie, po wielu prywatnych stratach, schował się w cień, a chęć zysku i perspektywa
ogactwa nie zatruła jego umysłu i nie zdominowała go. „Zawód” Gangster” pod tym względem jest filmem nowatorskim – pokazującym umiejętność wycofania się z gry człowieka, który, wydawałoby się, bez kresu już w nią popadł i nie ma szans się od niej uwolnić. Obraz ten może i nie stanowi przełomu zarówno w kinie angielskim jak i światowym, może i szybko zostanie zapomniany (w Polsce na pewno), lecz warto zapoznać się z filmowym Carltonem Leachem oraz angielską pompownią przemocy i przejmującej, agresywnej gangsterki.

W 2008r. przyszła na świat „Gomorra” – obraz istotny, który każdy fan kina gangsterskiego powinien znać. Został wyreżyserowany z dokumentalną dokładnością. Na ekranie rozgrywa się kilka równoległych sobie opowieści, w których bohaterowie walczą o przeżycie każdego dnia. Jest to świat pozbawiony złudzeń, który widz może tylko obserwować, bo reżyser nas do niego nie chce wpuścić. Matteo Garrone wybrał bardzo surowy sposób reżyserii, chyba najbardziej odpowiedni do tego typu opowieści. Poszczególne wątki fabularne są tylko pretekstem do pokazania jednej ważnej i okrutnej zasady panującej w Neapolu- podporządkujesz się Camorrze albo masz problemy. Na ekranie obserwujemy zależności i hierarchię jakimi się ta mafia charakteryzuje. Nie można tej siatki rozbić, bo jest za duża i zbyt rozległa, lecz nie każdy człowiek musi się w nią boleśnie angażować. Każdy z bohaterów dokonuje wyboru – może pozostać niewidoczny i żyć swoim życiem lub może też zaistnieć i dać się poznać jako dobry żołnierz na usługach mafii. A w „Gomorrze” mamy przecież młodego chłopca, który chciałby być gangsterem, jak i starszych od niego nastolatków myślących, że żyją w świecie „Człowieka z blizną”. Sam film jednak wszystko weryfikuje, pozwala myśleć i obserwować. Ten obraz jest przeciwieństwem „Ojca chrzestnego”. W filmie Garrone nie ma symboliki, melancholii, porywającej muzyki, zdecydowanych bohaterów, wartości rodzinnych, piękna, lojalności wobec osób postawionych wyżej czy  śmiałej narracji. Nie oznacza to jednak, że „Gomorra” nie jest produkcją wartościową – poznajemy tam mafię po prostu od innej strony, tej bardziej realistycznej, nie mitycznej, lecz prawdziwej. I dlatego surowa reżyseria Garrone’a jest tam przydatna, bo dzięki niej możemy być pewni, że to wszystko co widzimy jest prawdą.

Teraz  trochę z innej bajki. W tym samym roku co „Gomorra” powstał francuski film pt. „Wróg publiczny”. Trudno tu mówić o przygodach gangsterskich, ale warto pokazać kino z innej perspektywy. Jest to obraz biograficzny, a jego bohaterem jest Jacques Merine – a gdyby ten człowiek nie był francuzem, to reżyserem tego filmu byłby z pewnością nie kto inny jak Martin Scorsese. Nie da się jednak zaprzeczyć, że „Wroga publicznego” ogląda się z przyjemnością, a główny bohater wnosi po raz kolejny coś innego do tego typu postaci kryminalnych czy gangsterskich. Na ekranie bowiem nie mamy do czynienia ze zbędnym patosem,  psychoanalizą mafijnych bohaterów i szukaniem związku przyczynowo-skutkowego, widzimy po prostu faceta, który nie traktuje poważnie nawet własnego życia, a świat stanowi dla niego plac zabaw (co nie zmienia faktu, że film wyposażony jest w mocne sceny i grad emocji). „Wróg publiczny” nie jest może kinem rozrywającym rany, nie będzie wspominany przez kolejne dekady, ale warto o nim wspomnieć chociaż teraz, bo to obraz pokazujący przygody bohatera innego, mniej lirycznego, dlatego łatwo strawnego, który każdemu przypadnie do gustu. I choć historia Mesrine’a może i nie jest typowo gangsterska, to jakieś tam mafijne elementy jednak posiada, a sama produkcja została wystylizowana na ikonę gatunku rodem z Ameryki.

W 2009r. powstał film, który zawiódł. Powrót do korzeni gatunku nie powiódł się i po kilku mniejszych sukcesach znowu zrobiło się mdławo. Mowa o „Wrogach publicznych” Michaela Manna z Johnnym Deppem. Mimo, że obraz ma swoje zalety, to na ekranie widać głównie wady co niezmiernie przeszkadza w oglądaniu. Produkcja opowiada o królu lat 30, czyli o Johnie Dillingerze. Mógł z tego powstać kawałek naprawdę dobrego kina, bo postać tego gangstera robi wrażenie, gdyż ten miał swoje zasady, których nigdy nie naciągał, a mimo wszystko kochał balansować na krawędzi i nie bał się ryzyka. Oprócz takiej biografii potrzeba było jednak trafionej reżyserii, czyli opowieści przedstawionej z gracją. A Mann niestety nie poradził sobie z tym zadaniem – do jej nakręcenia wybrał surowe techniki reżyserii, zdjęcia z ręki, obraz pozbawiony technicznych walorów. Zdjęcia takie sprawiły, że Dillinger był w obrazie postacią nam bliższą, ale jednocześnie niedostępną, którą moglibyśmy jednocześnie traktować z dystansem. Mann zbytnio eksperymentował, bo do tego typu opowieści takie techniki kręcenia i reżyserii nie pasują, gdyż film robi się wówczas bardziej chaotyczny przy dużym natłoku scenariuszowych wydarzeń. Irytowało również aktorstwo- o ile Depp spisał się dobrze (choć rola życia to też nie była), to Bale był strasznie komiczny w swojej manierze groźnego detektywa pędzącego po trupach do celu. Wyszło jak wyszło, detektyw Melvin Purvis zamiast twardego mężczyzny przypominał nieudacznika z ciągle to samą miną. „Wrogowie publiczni” są filmem po prostu nudnym, co jest wynikiem surowego montażu i wyboru techniki kręcenia zdjęć. Całość nie pociąga, a powinna. Obraz w pewnych momentach może się podobać, jakieś wrażenie robi nawet strzelanina w kryjówce Dillingera w drugiej części filmu, ale takie przebłyski nie tworzą zgrabnej opowieści-  spójnej i atrakcyjnej.

Na sam koniec opowieści o kinie gangsterskim XXI wieku chciałbym wspomnieć o serialu, który swoją formą urzekł i powrócił do czasów korzeni, a także wniósł do gatunku coś nowego- pokazał absurd, który rządzi mafią. Mimo, że „Rodzina Soprano” jest produkcją niekiedy brutalną i okrutną, to często przejawia przez nią dobitna ironia, przypadkowość niektórych wydarzeń, a całość pozbawiona jest natłoku zbędnego bohaterstwa i wzniosłego klimatu. Wszystko dzięki temu, że serialem rządzą wyraźnie zarysowane i nieco komicznie przedstawione, czasami wyolbrzymione i przejaskrawione, postaci. Każda z nich jest inna, dlatego większość bohaterów podoba się na swój sposób. To wyklucza monotonię co jest ważnym aspektem dla tak długofalowego serialu. Atutem tej produkcji jest również znakomity scenariusz, który zakłada ciągłość poszczególnych wydarzeń oraz uwydatnienie problemów codziennego życia dla członków mafii. W „Rodzinie Soprano” brakuje bowiem charakterystycznych zjawisk, którym podporządkowane są poszczególne sezony. Zazwyczaj wszystko rozwija się w trakcie każdej serii, a na końcu jak zwykle przyśpiesza – oczywiście z zachowaniem należytego dystansu, czyli bez oceniania świata gangsterskiego, z użyciem wszechobecnej ironii oraz biorąc wszystko w jeden wielki nawias. Sama postać Tony’ego Soprano- głównego bohatera, jest pełna komicznych sprzeczności. Z jednej strony jest to agresywny i bezwzględny gangster, który twardo stąpa po Ziemi, a z drugiej zagubiony człowiek, którzy szukając swojego miejsca w świecie uczęszcza na wizyty do psychiatry. Raz jest potulny jak baranek, pełen wigoru i żywotności, a innym razem zamienia się w bestię zdolną zamienić dom w plac budowy. Każdy odcinek prowadzony jest z należytą ekspresją, dzięki czemu mamy czas zachwycać się każdą postacią, poszczególnymi gagami, czy kwestiami wypowiadanymi przez bohaterów, które też łatwo zapamiętywać. Oglądając „Rodzinę Soprano” możemy się zżyć z każdą z postaci, dzięki czemu tak przyjemnie upływa nam czas przed telewizorem. Trzeba jednak przyznać, że nie jest to produkcja dla wszystkich. Najważniejsze jest to, że odświeża gatunek gangsterski, który wydawał się już wymarły i zużyty –  w „Sopranos” powraca z ironią, absurdem codzienności, mafijną brutalnością oraz zróżnicowanymi postaciami, czemu warto się przyjrzeć.

Jak widać na powyższych przykładach, trudno w XXI wieku mówić o prawdziwym kinie gangsterskim. Oprócz nielicznych wyjątków gatunek ten przestał być sławny, co jest dziwne, bo dobry film mafijny zawsze robi wrażenie. Czasy „Ojca chrzestnego” jednak na pewno odeszły na zawsze i nie ma co liczyć, że kiedykolwiek powrócą. W dobie XXI wieku  ważnym aspektem filmów gangsterskich zaczęła być ironia oraz uwydatnienie absurdu, co należycie wykorzystali w swoich obrazach Ritchie i Tarantino. Później jednak nie było już tak dobrze- stale zwiększająca się ilość filmów naśladujących „Przekręt” zdominowały kino, czyli tym samym zatarły granice pomiędzy gatunkami, a poza tym nie stanowiły ważnych rozdziałów w historii kinematografii. Natomiast reżyserom chcącym powrócić do korzeni najczęściej nie wychodziło (lub nie wychodzi, trudno w tym przypadku mówić o dalekiej przeszłości) – z „Wrogami publicznymi” na czele. Jedna „Droga do Zatracenia” gatunku nie ożywi, a publiczność raczej nie zamierza się psychicznie angażować w trudną w odbiorze „Gomorrę” ,  a do „Wschodnich obietnic” ciężko dotrzeć. Nawet „Rodzina Soprano” nie cieszy się u nas tak dużym zainteresowaniem jak w Ameryce czy innych krajach. Poważne, klasyczne kino gangsterskie przestało być po prostu na czasie, wstrzeliło się w tłum innych gatunków lub jest pomijane, bo najczęściej niezrozumiałe. Smutne, ale prawdziwe. Pozostaje cieszyć się rzadkimi wyjątkami. Może kiedyś nastąpi przełom.

Juliusz Żebrowski

Jesteśmy Częścią StacjaKultura.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *