Drogówka recenzja filmu

„To nie był film” – śpiewał zespół Myslovitz w piosence opowiadającej o mordercy zainspirowanym do swego czynu przez produkcje pokroju „Urodzonych morderców”, czy „Kalifornii”. Wideoklip do wielkiego przeboju końca lat dziewięćdziesiątych wyreżyserował mało wtedy znany, mający za sobą ledwie debiutancką „Małżowinę” reżyser Wojciech Smarzowski. Potem była „Kuracja”, „Wesele”, „Dom zły” i wreszcie „Róża”, ale to właśnie słowa wyśpiewywane przez Artura Rojka dźwięczą w głowie, gdy przychodzi mówić o „Drogówce”. To bowiem jest film. Tylko film. Aż film.

Polskie kino albo sili się na nieudolny artyzm, który przemienia się w pseudointelektualny bełkot (np. „Big Love”), albo na siłę moralizuje i stawia tezy („Pokłosie”), albo też, o zgrozo największa, bezmyślnie kopiuje gatunkowe schematy z zagranicznych rynków, nie dodając nic od siebie (dowolna komedia romantyczna made in Poland). „Drogówka” nie mieści się szczęśliwie w żadnym z tych przedziałów. Film kreuje rzeczywistość, ale nie stara się jej dokumentalizować, czy odwzorować. Pozostając w istocie zmyślnie napisanym, trzymającym w napięciu thrillerem, stawia pytanie o pozycję człowieka wobec istoty zła, ale nie imputuje widzowi moralitetu. Wreszcie jest to film mistrzowsko wystylizowany i zagrany.

laurem.pl laptopy poleasingowe Warszawa

Warszawa. Siedmioro policjantów pracujących w drogówce. Sześciu mężczyzn, jedna kobieta. Rutyna codziennej pracy. Wódka, korupcja, rozwiązłość. Tragedia wkraczająca w brudny, choć ułożony świat bohaterów. Intryga sięgająca o wiele dalej niż na warszawski bruk.

 

Tak w lakoniczny sposób można przedstawić treść filmu. Same słowa niczego jednak nie oddają, są zaledwie zarysem, kośćcem w który Smarzowski wkłada mięśnie, następnie pozwalając bić sercu opowieści. W istocie nad każdym z tych słów moglibyśmy się zatrzymać, by wskazać jak banalne z pozoru zamysły przeradzają się w misternie ułożoną sieć wątków, bohaterów i miejsc. Ale wpierw powstaje pytanie – czemu właściwie te słowa? Czemu drogówka?

 

Od lewej: Marcin Dorociński, Bartłomiej Topa, Eryk Lubos i Julia Kijowska

 

Odpowiedź jest tyleż prosta, co wymowna. Ładnych kilka lat temu na ekranach polskich telewizorów gościł serial dokumentalny zatytułowany właśnie „Drogówka” opowiadający o pracy policjantów ścigających nierozważnych kierowców. Osobą odpowiedzialną za sformatowanie pierwszych odcinków programu był nie kto inny jak Wojciech Smarzowski, któremu właśnie wtedy zakiełkował w głowie pomysł stworzenia filmu wokół prostej wyjściowej sytuacji. Był to jednak okres, w którym reżyser bardziej pochłonięty był planami realizacji swego wymarzonego projektu – „Domu złego”. Po nim zaś przyszła „Róża”. Jednak pomysł pozostał i po latach wykiełkował w rozbudowany scenariusz kryminalny mieszający konwencję paradokumentu z charakterystyczną dla Smarzowskiego stylistyką brudnego pesymizmu.

amso.pl komputery

Tak oto dochodzimy do pierwszego słowa. Warszawa w filmie Smarzowskiego jest inna niż ta, którą znamy z typowych polskich produkcji. Nie uświadczymy tu uroczych, kolorowych kadrów Krakowskiego Przedmieścia, nie będziemy bombardowani obrazami wieżowców. Warszawa to nie sztucznie wymuskana metropolia, lecz miasto wielkie, szare, z jednej strony świecące neonami, a z drugiej skrywające mroczne tajemnice w zaułkach. Miasto, którego tętno wyznaczają kłęby spalin, papierosowego dymu i opary alkoholu. Jest to Warszawa Wojciecha Smarzowskiego – skadrowana chłodną barwą kamery Piotra Sobocińskiego Jr. i pobrzmiewająca mocnymi taktami spod ręki Mikołaja Trzaski, nieraz podglądana przy pomocy komórki, posępna, ciemna, jednocześnie głośna i wypełniona niepokojącą ciszą.

 

Arkadiusz Jakubik

 

W tym właśnie mieście przyszło pracować siedmiorgu głównych bohaterów. Policjanci tytułowej drogówki są różni, mają swoje cele i ambicje, swoje żądze i pragnienia, wszyscy jednak przepojeni są swoistym cynizmem, jakoby zanurzeni w otaczającym ich kurzu. Sierżant Bogdan Petrycki (Arkadiusz Jakubik) prowadzi tryb życia, którego mógłby mu pozazdrościć Markiz de Sade, posterunkowy Trybus (Jacek Braciak) pije więcej niż Charles Bukowski, sierżant Banaś (Eryk Lubos) to przepojony zawiścią rasowy ksenofob, sierżant Lisowski (Marcin Dorociński) zrobi wszystko dla pieniędzy, a najbardziej wysunięta na czoło postać obrazu – sierżant Ryszard Król (Bartłomiej Topa) choć jako jedyny wzbrania się przed łapówkami i nieco odróżnia się postawą od kolegów, również i on ma swoje grzechy na sumieniu, wdaje się bowiem w romans z koleżanką z pracy posterunkową Madecką (Julia Kijowska).

[strona_podzial]

Choć każdy bohater został wyposażony w jedną cechę wiodącą (w kilku przypadkach bardzo zbieżną z jednym z grzechów głównych takich jak nieczystość, czy chciwość) w istocie wszyscy są do siebie bardzo podobni. Żaden nie wylewa za kołnierz, żaden nie przepuści okazji na wzięcie łapówki, żaden nie jest do końca czysty i uczciwy. Dym miasta wymusza deprawację.

 

Choć słowo pisane wydaje się rozwlekłe, Smarzowski przedstawia nam świat i bohaterów w okamgnieniu, wrzucając nas od pierwszej sekwencji w wir wydarzeń. Pierwsze kilkadziesiąt minut filmu łyka się niezauważenie. Prezentowana nam jest nieustająca, prowadzona w szybkim tempie mozaika obrazów. Wycinki z kontroli drogowych i wypadków noszące znamiona doświadczeń z pracy nad wspomnianym formatem dokumentalnym rysują się ponuro i groteskowo podobnie jak „obrazki z życia” naszych bohaterów, często eksponowane poprzez tzw. „found footage” czyli zdjęcia stylizowane na autentyczny zapis wideo, czy to z kamery, czy z telefonu.

 

Mieszanie tradycyjnie aranżowanych scen z prywatnymi nagraniami funkcjonariuszy tworzy aurę totalnego realizmu. Strumienie wódki wylewane z kolejnych flaszek i namiętne rozkosze spotkań z paniami lekkich obyczajów wydają się bardziej niż namacalne. Dopomagają temu naturalne, prawdziwe i krwiste dialogi, brzmiące jak żywcem spisane z chodnikowej, żywej rozmowy. Feeria migawek, epizodów i dialogów trwa w najlepsze, ukazując nam ponurą groteskę pracy filmowej drogówki i odsłaniając mechanizmy rządzące światem. Mrok narasta. Napięcie gęstnieje…

 

Robert Wabich

 

Właśnie w momencie, gdy myślimy, że jesteśmy oswojeni z konwencją, gdy na naszej twarzy regularnie gości uśmiech wywołany kolejnymi sytuacjami, Smarzowski wbija klin w naszą percepcję. Quasi dokumentalna konwencja załamuje się, ustępując miejsca czarnemu jak smoła kryminałowi. W życie bohaterów wkracza śmierć ciągnąca za sobą szereg wydarzeń, które zmienią świat policjantów na zawsze. W tym właśnie momencie na czoło wysuwa się grany przez Bartłomieja Topę sierżant Król. „Drogówka” wchodzi na tor gatunkowy politycznego thrillera, nie zaniechując przy tym wcześniej opisywanych rozwiązań estetycznych. Dynamiczny montaż, poszatkowanie historii i umiejętne korzystanie z paradokumentu, „found footage” oraz groteski przynoszą emocjonującą intrygę wręcz przepojoną napięciem.

 

Postać grana przez Bartłomieja Topę postawiona w stan oskarżenia znajduje się w sytuacji charakterystycznej dla bohaterów Smarzowskiego (zresztą dotyka to wszystkich uczestników wydarzeń). Pętla wszechobecnego zła zaciska się coraz mocniej, a droga ucieczki wydaje się coraz mniej realna, choć jej poszukiwania są coraz bardziej rozpaczliwie. To w istocie jest przekaz filmu. Wszechobecność zła i pytanie, czy można mu w jakikolwiek sposób zaradzić. Odpowiedź, jak to u Smarzowskiego, jest bardzo gorzka. Dla bohaterów nie ma ucieczki, wszystko zmierza do nieuchronnego końca.

 

Bartłomiej Topa

 

To jest film. Choć utrzymany w stylistyce swoistego nadrealizmu i wykorzystujący podkreślające ów realizm techniki. Celem filmu nie jest komentowanie czy odwzorowywanie rzeczywistości jako takiej. Kto tego oczekuje, ten zapewne zgorszy się nadmiarem patologii. Nie o to jednak chodzi. Nie jest to bowiem dokument o pracy policji. Funkcjonariuszy drogówki mogliby zastąpić lekarze, czy recenzenci filmowi. Smarzowski wybrał to środowisko, gdyż jak sam stwierdził „uznał je za bardzo energetyczne filmowo”, jednak celem było pokazanie masowości zła wchodzącego w każdy zakamarek ludzkiej egzystencji, w każdy zaułek miasta i rozmnażającego się jak zaraza. Realizacja tego tematu powiodła się znakomicie.

 

Poza wszystkim „Drogówka” gatunkowo jest czarnym kryminałem, thrillerem politycznym i groteskową satyrą społeczną. Nie czuć tu moralizatorstwa, czy pseudoartystycznych ambicji. U fundamentów jest to kino z założenia proste, rozrywkowe, choć ciężkie, przepojone brudem, momentami wręcz nieprzyjemne w odbiorze. Smarzowskiemu jako jedynemu udaje się to, czego polscy filmowcy nie są w stanie przyswoić – wykorzystuje kino gatunków i nadbudowuje je poważniejszymi treściami, przez co tworzy film jednocześnie rozrywkowy – prosty i realistyczny, jak i zawierający drugie dno, przekazujący wyższe idee. To znamiona prawdziwego mistrzostwa. Oby więcej takich filmów. Oby więcej Smarzowskich.

[strona_podzial]

 

 

Tytuł oryginalny: Drogówka
Produkcja: Polska
Premiera: 1 lutego 2013 r.
Dystrybutor: Next Film
Reżyseria: Wojciech Smarzowski
Scenariusz: Wojciech Smarzowski
Zdjęcia: Piotr Sobociński Jr.
Muzyka: Mikołaj Trzaska
Obsada: Bartłomiej Topa, Julia Kijowska, Arkadiusz Jakubik, Eryk Lubos, Marcin Dorociński, Jacek Braciak, Robert Wabich, Marian Dziędziel
Gatunek: Kryminał, Thriller
Czas trwania: 118 min.
Ocena: 7/10

Maciej Woźniak

Jesteśmy częścią StacjaKultura.pl a ten tekst jest wlasnoćią tego serwisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *