Don Jon recenzja filmu

W przypadku „Don Jona” istniało jednak pewne ryzyko. Gordon-Levitt obsadzając siebie w głównej roli mógł przeholować, często bowiem taki zabieg nie przynosił w historii dobrych skutków u innych twórców. Poza tym, mało kto spodziewał się, że reżyser pokaże na ekranie tak zgrabnie uszytą fabułę. Bo oprócz tego, że Gordon- Levitt obraz nakręcił, zagrał główną rolę, to w dodatku napisał scenariusz. Nie za dużo jak na debiut? Okazuje się, że nie, bo „Don Jon” to wbrew pozorom przemyślane kino.

Film od początku ma dynamiczne tempo. Reżyserowi szybko udaje się zarysować konwencję, zapoznać widza z bohaterami oraz oswoić go ze światem przedstawionym. Odbiorca poznaje tytułowego Jona, jego przyzwyczajenia, codzienne rytuały, czynności jakich się ima. Twórca stosuje narrację bohatera z offu, dzięki czemu widz zaznajamia się z tokiem myślenia mężczyzny i jego podejściem do życia. Z miejsca w oczy rzuca się ręka Gordona-Levitta do dialogów, które w „Don Jonie” stanowią siłę napędową całej produkcji, nie pozwalają odetchnąć widzowi, prowadzą go od sceny do sceny, śmieszą i bawią.

 

Ale po kolei. Jon ma ułożone życie do granic możliwości. Zarabia godne pieniądze, dzięki czemu stać go na drogą furę, wystawne mieszkanie, najlepsze ciuchy i karnet na siłownię. Do Kościoła chodzi z rodziną, spowiada się księdzu co tydzień. Lubi imprezować jak każdy facet, wyrywać chętne dziewczyny i zaliczać każdą kolejną. Nie boi się wyzwań i chyba żadna mu jeszcze nie odmówiła, stąd jego pewność siebie i poczucie, że może zdobyć świat. Jest jeszcze jeden drobny szczegół, Jon uwielbia pornografię. Może nie byłoby w tym nic tak wymyślnego, gdyby nie fakt, że porno filmy są dla niego ważniejsze, a masturbacja przy nich o bardziej satysfakcjonująca, niż rzeczywisty seks. Bohater zatraca się wtedy w swoim świecie, a tej możliwości nie daje mu prawdziwy stosunek z kobietą, przereklamowany w jego przekonaniu i nie tak atrakcyjny niż ten wyświetlany kilkanaście razy w tygodniu na ekranie komputera. Przedmiotowe traktowanie kobiety, tak jak w pornograficznym wydaniu, nie sprawdza się bowiem w tzw. realu. I wtedy Jon poznaje Barbarę, kobietę z marzeń, dziewczynę o wymiarach idealnych i anielskiej urodzie, blondynkę ze snów. Może z nią uda się spełnić fantazje?

 

 

On widzi w niej zespół cech, które go podniecają, a ona faceta, który będzie traktował ją jak księżniczkę.  Jon nie kocha Barbary, tylko jej poszczególne części ciała. Ona natomiast kalkuje model relacji z komedii romantycznych, które tak namiętnie ogląda i w które zresztą naiwnie wierzy.  Do pewnego momentu związek nieskomplikowanego i traktującego życie dość przedmiotowo Jona z seksowną i jednocześnie prostą Barbarą, układa się jednak bez zastrzeżeń. Oboje w jakiś sposób odzwierciedlają współczesny typ człowieka, a sam reżyser kreśli znany schemat związku kobiety z mężczyzną. Wszystko jest tu z góry zaplanowane, ona przez jakiś czas udaje cnotliwą coraz bardziej kusząc Jona i wystawiając go jednocześnie na próby, a on czeka jak wierny pies, śliniąc się coraz bardziej. Te obserwacje przystają do konwencji, serwowaną zresztą z przymrużeniem oka do widza, ale niepozbawiającą całości nutki refleksyjności.

 

Gordon-Levitt traktuje historię, którą filmuje, ze sporą dozą dystansu (również do samego siebie) i prześmiewczości. Cechuje swoich bohaterów ironią i przedstawia ich groteskowo. Ponadto, zadziwia reżyserski warsztat twórcy. Autor umiejętnie ukierunkowuje odbiór widza oraz wydobywa z postaci szereg cech. Dlatego „Don Jona” ogląda się jak komedię, ale będą jednocześnie wiarygodną historią konkretnego człowieka. W dodatku, kiedy ma być śmiesznie, humor wypełnia ekran po brzegi, lecz autorowi udaje się wycisnąć też zmysłowość (w scenie pożegnania pary pod drzwiami mieszkania Barbary) w docelowych fragmentach, uwiarygodnić kłótnię postaci, czyli na chwilę zawiesić humor i sarkazm, jakim cały czas operuje oraz uwydatnić intymną relację Jona z Esther, zmieniającą nieco wydźwięk całości.

 

Tym samym Gordon-Levitt nie sili się na psychologiczne diagnozy niebezpiecznego uzależnienia, jak czyni to Steve McQueen we „Wstydzie”. Sam nałóg nie jest najważniejszy dla reżysera, który nie traktuje go poważnie, bo Jon to inny typ bohatera- nie tyle uzależniony od seksu, który zabija jego uczucia, lecz zatopiony w nierealnym świecie i niepotrafiący czerpać przyjemności z prawdziwego seksu z kobietą. Reżyser od początku do końca pozostaje wierny komediowej konwencji, na chwilę odchodząc od niej tylko w zakończeniu, kiedy atmosfera staje się poważniejsza. Idąc tokiem myślenia reżysera, recepta na małe uzależnienie Jona leży w zanurzaniu się w drugiej osobie, nie traktowaniu jej jako zbioru pewnych cech, lecz jako człowieka z tymi samymi pragnieniami. To właśnie w pewnym momencie zdaje się dostrzegać Jon. Nie ma w tym wielkiej, wewnętrznej zmiany, serwowanej przez autora. Jedynie drobna usterka, regulująca patrzenie na świat bohatera.

 

 

Konstrukcja filmu tylko pozornie jest powtarzalna, podobnie jak rytualne jest życie głównego bohatera. Kolejne sceny ubarwiane są dodatkowymi smaczkami, np. obecnością apatycznej siostry Jona lub w scenach jazdy samochodem, spowiedzi czy wizyt na siłowni. Regularna konstrukcja filmu nie nudzi, bo jest atrakcyjna. Poza tym, kiedy widz myśli, że fabuła zmierza w przewidywalne, gatunkowe rejony, sytuacja zmienia się na nowo. Niczego Gordon-Levitt nie psuje w swoim autorskim projekcie, niczego nie przedstawia w sposób nachalny. Śmieje się z zarówno bohaterów, ich perypetii jak i konwencji, którą obiera i przekształca zarazem na własny użytek, dzięki czemu komedia twórcy jawi się jako odświeżona niczym zreperowany grat. Humor równa się tu z wiarygodnością tego świata, widz kupuje tę historię, bo pozwala mu na to wspomniana już kilkakrotnie prześmiewczość i dystans reżysera. Trudno byłoby potraktować „Don Jona” na poważnie, gdyby sam film był bardziej dramatyczny.

 

Atut filmu stanowią wspomniane już przemyślanie rozpisane, dynamiczne i humorystyczne dialogi. Doskonale widać to zwłaszcza w scenach wizyt Jona w rodzinnym domu i jego rozmów z nerwowym ojcem- prostym facetem, będącym jednocześnie zagorzałym fanem futbolu oraz z przesadnie emocjonalną matką. Z siostrą bohater nie rozmawia, bo ta cały czas wpatruje się w telefon, co też jest samo w sobie komicznie przedstawione. Scen wyposażonych w komediowy ładunek jest zresztą więcej, bawią wypowiedzi bohatera z offu oraz przebieg jego pierwszej randki z Barbarą. Podobny efekt wywołują też codzienne rytuały Jona- składanie modlitwy w czasie ćwiczeń na siłowni, celebracje związane z oglądaniem pornografii w domu oraz samcze rozmowy z kumplami. Ponadto, Gordon-Levitt w swoim filmie trochę kpi sobie z Facebooka oraz wskazuje na utechnicznienie współczesnego świata, co nie zawsze przynosi dobre skutki (przykład siostry stale piszącej smsy oraz telewizora w domu rodziców Jona, który zawsze jest na chodzie).

 

„Don Jon” to film od początku do końca przemyślany. Nie ma w nim zbędnych scen, sztywnych schematów i gatunkowych, wytartych klisz. Film łączą wewnętrzne mini klamry, które konsekwentnie znajdują swoje odpowiedniki, ubarwione, więc niewprowadzające efektu przewidywalności. Udało się Gordonowi-Levittowi uwiarygodnić tych bohaterów, zaciekawić ich historią, rozśmieszyć i błyskotliwie zakończyć swój reżyserski debiut. Twórca sprawdził się też jako aktor wcielający się w główną rolę męską, z łatwością odzwierciedlił bowiem wszystkie cechy swojego bohatera, ukazując przy tym rysująco się subtelnie dwuznaczność tej postaci. Aplauz należy się również Scarlett Johansson, najwyraźniej mającej do siebie dystans oraz Julianne Moore, której kreacja drugoplanowa znacznie odbiega od dotychczasowego wizerunku aktorki, choć to jej Esther jest najbardziej doświadczoną postacią „Don Jona”.

Autor Juliusz Żebrowski

Jesteśmy częścią StacjaKultura.pl i sponsoruje nas laptopy poleasingowe Kraków

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *