Django recenzja filmu

Jest rok 1994. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes. Na polu walki o „Złotą Palmę” czyli  najbardziej prestiżową nagrodę konkursu, pozostały tylko dwa filmy: „Trzy Kolory. Czerwony” w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego oraz „Pulp Fiction” Quentina Tarantino. Zdecydowanym faworytem tej potyczki w oczach kinowych ekspertów jest polski reżyser, który był w tym czasie niezwykle szanowanym i cenionym twórcą współczesnego, europejskiego kina „moralnego niepokoju”. „Złota Palma” za „Trzy Kolory. Czerwony” miała być dla Kieślowskiego udanym zwieńczeniem „trzykolorowej” trylogii oraz całego filmowego dorobku.

Na drodze do prestiżowego zwycięstwa Polaka, stanął jednak nie kto inny jak Tarantino. Był on wtedy jeszcze nieopierzoną, lekko szaloną i ekstrawagancką osobistością, która zaczęła pojawiać się na światowych czerwonych dywanach. Wiele osób już zaczęło doceniać jego kunszt,  jednak przez większość znawców kina, Tarantino nie był traktowany zbyt poważnie. Nie mniej, „Pulp Fiction” zamknęło usta wszystkim krytykom i zwyciężając na Festiwalu w Cannes wpisało się na stałe do klasyki światowej kinematografii i popkultury.Był to wtedy pierwszy wielki triumf nowoczesnego kina nad „starą szkołą”. Triumf, którego reperkusje odczuwamy po dziś dzień.

Blisko po 19 latach od opisanych wyżej wydarzeń, światło dzienne ujrzał dziesiąty pełnometrażowy film w twórczym arsenale Tarantino. „Django Unchained” to western osadzony w realiach kultowego dzikiego zachodu tuż przed wybuchem Wojny Secesyjnej w Stanach Zjednoczonych. Okres ten jest przeze mnie przytoczony nie bez powodu, gdyż to właśnie w tych latach w Ameryce Północnej kwitło niewolnictwo, które jest motywem przewodnim i główną problematyką filmu. Postać pierwszoplanowa, tytułowy Django (Jamie Foxx) jest przedstawicielem uciśnionej grupy niewolniczej. Pracuje w nieludzkich warunkach, jest przerzucany z ręki do ręki kolejnego właściciela i całkowicie ubezwłasnowolniony. Wynajem laptopów

Jego życie odmienia się całkowicie w momencie spotkania samozwańczego „Łowcy Głow”, wątpliwego fachury, lekarza dentystę niemieckiego pochodzenia – doktora Kinga Schultza, w którego postać wciela się ulubiony ostatnio aktor Tarantino – Christoph Waltz.
Dr Shultz „wykupując” Django z rąk jego kolejnych właścicieli, daje mu tym samym wolność i wkracza z nim na ścieżkę pełną przygód prowadzącą przez likwidowanie lokalnych rzezimieszków i prześladowców czarnoskórej społeczności, aż po ostateczne wyzwolenie klasycznej bajkowej księżniczki, w tym wypadku pięknej żony głównego bohatera. Z pozoru historia wydaje się ckliwa i wręcz banalna, lecz sposób w jaki jest ona widzowi podana, nie pozwala od niej oderwać oczu i z minuty na minutę wciąga w swój świat co raz bardziej.

Uwielbiam filmy, których twórców można rozpoznać po jednym „rzucie okiem” na choćby pojedynczy kadr lub scenę. „Django” zdecydowanie do takich należy. Niemal w każdym, nawet najmniejszym aspekcie obrazu widać protektorat Tarantino. Reżyser w swoim stylu nawiązuje do klasycznych filmów. Nie kopiuje, lecz bawi się ich formą i znaczeniem. „Django” przesiąknięte jest klimatem starych „spaghetti westernów” i klasycznych „road movies”, gdzie bohaterzy sprzeciwiając się własnym słabościom wędrowali w kierunku wyznaczonego sobie celu lub uciekali przed niebezpieczeństwem. Oglądając „Django” niemalże czuć w powietrzu inspirację kinem Sergio Leone – nie nazbyt nachalną, lecz pozwalająca przenieść się na chwilę do czasów gdy milczący Clint Eastwood władał rewolwerem, a każdym zachodnim miasteczkiem rządził szeryf ze złotą gwiazdą na piersi.

Bez dwóch zdań Leone jest ikoną westernu, w związku z tym, wszelkie wzorce od niego zaczerpnięte i użyte w filmie w ogólnym rozrachunku wyszły zdecydowanie in plus. Kolejną charakterystyczną cechą filmów Tarantino jest nieprzejrzystość i swoista karkołomność w budowaniu niektórych znaczeń, pojęć i ukrytych den. Wydaje się, że w przypadku „Django” mamy do czynienia z jeszcze bardziej zwiększoną ilością metafor i symboli. Przestrzelona strona Biblii przyklejona do piersi jednego z oprawców niewolników, rozbryźnięta krew na włóknach bawełny, których zbiorem zajmowali się najmowani Afroamerykanie, czy chociażby przezabawna scena z felernie wykonanymi workami na głowach członków Ku-Klux Klanu, to tylko niektóre ze scen, które zawierają w sobie nieco więcej niż obraz i dźwięk. Niosą ze sobą znaczenie, które można interpretować często w dwojaki sposób, co nadaje filmowi niezwykle uniwersalny charakter.

Wszechstronna jest również muzyka, z którą obcujemy podczas seansu. Sądzę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie, gdyż oprócz standardowych dla westernów gitarowych szantów (w tych dźwiękach bryluje Ennio Morricone), usłyszymy również cięższe rockowe brzmienia, a nawet rap (sceny z galopującymi na koniach kowbojami czy krwawej strzelaniny okraszone gangsta rapem w wykonaniu Rick Rossa i RZA powalają na kolana). W swoich filmach Tarantino pod względem muzyki nie schodzi poniżej pewnego poziomu. W „Django” poprzeczka również nie została obniżona, śmiem nawet twierdzić że reżyserowi trudno będzie ją przeskoczyć w kolejnych produkcjach.

Jeśli chodzi o samą grę aktorską to można przytoczyć tu dwa słowa, a konkretniej jedno nazwisko – Christoph Waltz. W momencie gdy austriacki aktor pojawia się na ekranie, wydaje się, że wszystkie inne postacie zaczynają blednąć i schodzić na dalszy plan, choć paradoksalnie to rola Waltza jest rolą drugoplanową. W rzeczywistości żaden z aktorów (choć ich grono było znamienite) nie dorównał mu pod żadnym względem. Waltz zachwyca charyzmą, poczuciem humoru, wrażliwością i pewnością siebie, które to emanują z grającej przez niego postaci doktora Shultza. Ani Jamie Foxx (bardzo poprawna rola, ale nic więcej), ani Leonardo Di Caprio (raczej zawód niż zachwyt) nie potrafili stoczyć z Waltzem równorzędnego aktorskiego pojedynku. Wisienką na torcie pod względem aktorstwa jest w „Django” epizodyczna rola Samuela L. Jacksona, który w jednym momencie rozśmiesza do łez, tylko po to by za chwilę nie na żarty przerazić widza swą nikczemnością. Aktorstwo w „Django” jest miejscami dość nierówne, ale cały jego ciężar dźwiga na swoich barkach Waltz, przez co wszelkie niedociągnięcia w tej sztuce lub spłycone charaktery postaci są rekompensowane przez jego grę.

Doprawdy ciężko znaleźć jest słabszą stronę tego filmu. Po dłuższym zastanowieniu mógłbym doczepić się do jego długości (wydaje się być na siłę przeciągnięty) i zbyt mała ilość typowo męskich scen, które wypełniały po brzegi poprzednie filmy Tarantino (choć dla niektórych film i tak może wydawać się zbyt brutalny). Charakterystyczne dla tarantinowskich filmów dialogi również pozostawiają do życzenia – wydają się nie być równie zabawne i błyskotliwe co ich poprzednicy, lecz sympatycy humory Quentina na pewno znajdą w nich coś dla siebie.

„Django” jest pozycją obowiązkową dla każdego fana kina Quentina Tarantino, ale nie tylko. Myślę, że tę pozycję warto zobaczyć przede wszystkim z uwagi na świeżość jaka od niej bije, pięknie opowiedzianej historii i mocnych wrażeń, które bez wątpienia dostarcza.

Tarantino po raz kolejny udowodnił, że jest najwszechstronniejszym i najoryginalniejszym współczesnym reżyserem, a limit w tworzeniu kolejnych filmów tworzy mu tylko niebo.

Autor Robert Pe

 

Stacjakultura.pl jesteśmy jej częścią a sponsoruje nas AMSO Rent wynajem komputerów

[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: Django Unchained
Produkcja: USA
Data premiery: 18 stycznia 2013
Dystrybutor: ITI Cinema Sp. z o.o.
Reżyseria: Quentin Tarantino
Scenariusz: Quentin Tarantino
Obsada: Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio, Kerry Washington
Gatunek: Dramat, western
Czas trwania: 2 godz. 45 min.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *