Thor recenzja filmu

Całe uniwersum Marvela powoli wypełnia się kolejnymi postaciami – przygotowując nas jednocześnie do „The Avengers” w 2012 roku. Bardzo przyjemnym aspektem są też krótkie filmiki wprowadzające do następnych części,  a pojawiają się po każdej ekranizacji spod skrzydeł Marvel Studios (zaczęło się już od „Iron Mana”). Jak wiadomo „Mściciele” to Wasp, Spider-Man, Wolverine, Hulk/Banner, Iron Man i właśnie bóg piorunów Thor. Bohater nowego filmu razem z Kapitanem Ameryką był założycielem grupy, która podlegała Nickowi Fury, a także organizacji S.H.I.E.L.D. Członkowie „Avengers” zmieniali się przez lata, ale fasadę grupy stanowili wyżej wymienieni superbohaterowie. Twórcami ich przygód byli: ojciec X-Menów Stan Lee i twórca „Fantastic Four” Jack Kirby. Kilka z nich miało już swoje filmy ale przed nami jeszcze przygody Fury’ego, Cap’a i co najmniej dwa spin-offy, m.in. o poruczniku „Hawkeye” (genialnym snajperze-łuczniku odgrywanym przez Jeremy’ego Rennera).  Kolejną ekranizacją zaczynamy od celtyckiego boga-wojownika.

Czytaj dalej Thor recenzja filmu

Wall-E recenzja filmu

W dobie ogólnego konsumpcjonizmu i masowej komputeryzacji często pojawiają się produkcje dotyczące zagłady ludzkości. Jak jednak można to ubrać w animację? A właśnie w taki sposób w jaki zrobili to twórcy przesympatycznego Wall E′ego. Kiedy zasiadałem przed seansem nie oczekiwałem ambitnej, a tym bardziej tak zabawnej historii. Pełen przekazów, emocji, uczuć film trafia w sedno każdego widza.

Film opowiada o robocie, który pozostał sam na Ziemi, po tym jak wszyscy ludzie uciekli w kosmos z powodu za dużego zaśmiecenia planety. Nie ma już oceanów, rzek, błękitnego nieba. Tylko pustynie śmieci, które Wall E sprzątał, gdyż jest robotem przetwarzającym. Bardzo szybko się jednak uczy i uwielbia oglądać telewizję. Pewnego razu, na Ziemię przylatuje dziwny statek, który wysyła białego robota bojowego do sprawdzenia planety. Nasz bohater poznaje nowego przybysza o imieniu „EVA”. Gdy nowy przyjaciel Wall E’go znajduje to, po co przybył, zostaje zabrany z powrotem w kosmos. Nie leci jednak sam, razem z Eva podróżuje też mały robocik, który nie wie, że w miejscu z którego pochodzi jego sympatia, to właśnie on przeprowadzi istną rewolucję.

Naprawdę nietuzinkowa animacja, piękne zdjęcia i efekty zachwycają oko, a mechaniczni bohaterowie bardzo szybko kradną nasze serca. Relacja pomiędzy bohaterami została ukazana w tak niezwykły sposob, żę momentami ciężko jest nam uwierzyć jak właściwie niemi bohaterowie (w dodatku mechaniczni) mogą przybliżać nam nasz własne, ludzkie rozterki nie tylko te sercowe. Mimo, że nie wypowiadają praktycznie żadnych słów, są bardziej wymowni niż niejeden aktor.  Przygody robotów okala bardzo klimatyczna muzyka i bajeczna wręcz animacja. Całość idealnie do siebie pasuje zabierając nas w podróż nie tylko w kosmos ale i do wnętrza każdego z nas. Główni bohaterowie z upływem fabuły stają się ikonami rewolty, jaka będzie miała miejsce w ludzkiej historii i faktycznie, trzeba się zastanowić, czy nie czeka nas taki los jak ludzi, którzy uciekli z Ziemi. Świetny pomysł twórców, zrealizowany w tak fantastyczny sposób, że nie można przejść obojętnie obok tego filmu.

Moim zdaniem, jest to najlepszy obraz animowany, jaki dotychczas wypuścili twórcy z Pixar Studios i nie wiem czy nie najlepszy w przeciągu kilku czy nawet kilkunastu lat. Teraz, żeby przebić „Wall E”, konstruktorzy animacji będą musieli bardzo się postarać, bo kolejne produkcje widzowie na pewno będą porównywać do przygód małego robota.

autor: Jakub Lipczik

Witryna jest częścią StacjaKultura.pl, a tekst jest własnością tego portalu. AMSO Rent Wynajem Komputerów jest sponsorem wszystkich witryn należących do StacjaKultura.pl

[strona_podzial]


Tytuł oryginalny:
Wall-E
Produkcja: USA
Rok wydania: 2008
Dystrybutor: Forum Film
Reżyseria: Andrew Stanton
Scenariusz: Andrew Stanton
Obsada: Ben Burtt, Elissa Knight, Jeff Garlin
Gatunek: Animacja, familijny, sci-fi
Czas trwania: 98 min.

Ocena: 9/10

Paranormal Activity recenzja filmu

Jedenaście tysięcy dolarów, nierozpoznawalni aktorzy i scenariusz w formie szczątkowej – to wszystko, czym dysponował Oren Peli, tworząc swój filmowy obraz i prawdopodobnie nawet nie licząc na to, że zwróci on stukrotnie swój budżet. Na czym zatem polega fenomen horroru, który przeraził samego Stevena Spielberga?

Katie od dawna przeczuwa, że jest prześladowana przez pozaziemską istotę. Jak później informuje ją zatrudnione medium, nie jest to duch, a więc istota ludzka, ale siła zła- demon. Zachwycony sytuacją Micah, który nie traktuje obaw narzeczonej poważnie, kupuje kamerę, aby przyłapać intruza na gorącym uczynku. Od tej pory widz towarzyszy parze o każdej porze nocy i dnia, stając się świadkiem osobliwego, mrożącego krew w żyłach, reality-show. Co budzi w tym obrazie większą grozę – czy fakt, że wydarzenia rozgrywają się niejako „na żywo”, stając się przez to bardziej uprawdopodobnionymi, czy może same zjawiska paranormalne, jakie stopniowo rejestruje włączony sprzęt, a może napięcie wywołane oczekiwaniem na nadnaturalne zdarzenie- trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, wszystkie te elementy tak harmonijnie z sobą współgrają, że nastrój grozy i strachu stopniowo wzrasta, uniemożliwiając jednocześnie oderwanie oczu od ekranu w oczekiwaniu na wyjaśnienie paranormalnej zagadki.

I chociaż nie pojawiają się w filmie duchy, potwory ani przybysze z innych planet – a więc elementy, którymi karmią nas największe hollywódzkie produkcje ostatnich czasów, „Paranormal activity” i bez tego powoduje gęsią skórkę u najzagorzalszych wielbicieli filmów tego gatunku. Horror Peli pobudza bowiem wyobraźnię i oddziałuje na psychikę odbiorcy pośrednio, pobudzając w ten prosty sposób jedno z pierwotnych uczuć ludzkich- strach.

Dwa lata to okres, w jakim film przeszedł od wytwórni Spielberga na ekrany kin. Słynny producent próbował w tym czasie nakłonić Peli do ponownego nakręcenia horroru- z większym budżetem, znanymi aktorami i mnogością efektów specjalnych. Upór reżysera okazał się świetnym posunięciem. To publiczność zyskała głos rozstrzygający w sporze. Po wyświetleniu filmu na kilku festiwalach filmów niezależnych (m.in. Festiwal Filmowy Tellruide) oraz internetowemu głosowaniu, Spielberg nie mógł dłużej przetrzymywać „Paranormal activity” w archiwum swojej wytwórni. Horror trafił do kin ku uciesze fanów.

W Polsce „Paranormal activity” zobaczyć można od 20 listopada. Jest to niewątpliwie jedna z najważniejszych produkcji 2009 roku, której nie można przegapić. Bardziej zagorzałych wielbicieli filmu ucieszy zapewne fakt, że reżyser rozpoczął już prace nad swoim najnowszym projektem- „Area 51”. Jak przekonuje Peli, horror utrzymany zostanie w podobnym klimacie.

Autor Natalia Klimek

Witryna jest częścią StacjaKultura.pl, a blog utrzymany jest dzięki AMSO Rent Wynajem komputerów

[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: Paranormal Activity
Produkcja: USA
Rok wydania: 2009
Dystrybutor: Vision
Reżyser: Oren Peli
Scenariusz: Oren Peli
Obsada: Katie Featherstone, Micah Sloat, Mark Fredrichs
Gatunek: Horror
Czas trwania: 86 min.

Casablanca recenzja filmu

Nieśmiertelna „Casablanka”- film Michaela Curtiza, znajdujący się na drugim miejscu w rankingu najlepszych melodramatów w historii kina, który został zamieszczonym na naszym portalu.

Elegancki, milczący mężczyzna, pomiędzy kilkoma ścianami, stworzył świat na nowo – rzeczywistość bez granatów, wszechobecnej śmierci, brudu, zniszczenia i głodu, za to pełną układów, układzików oraz szemranych interesów. Rick zamknął się w swym lokalu i zabronił grać Samowi, swemu pianiście, pewną piosenkę, która przypominała mu chwile spędzone w Paryżu u boku jedynej kobiety, którą potrafił szczerze pokochać. W ten sposób pragnął zamknąć pewien rozdział swojego życia, zacząć od początku. I może to wszystko miało sens, może by się udało, gdyby pewnego wieczoru, progu knajpki nie przekroczyła Ilsa – kobieta, która niegdyś spędziła szczęśliwe chwile w Paryżu i znała piosenkę, którą tak bardzo chciał zapomnieć Rick.

Ten krótki wstęp jest oczywiście wprowadzeniem do nieśmiertelnego melodramatu, wyreżyserowanego w latach 40. XX wieku przez Michaela Curtiza, węgierskiego emigranta o żydowskich korzeniach. Podkreślenie narodowości człowieka, który stanął za kamerą nie jest przypadkowe. „Casablanca”, przedstawiająca intensywny świat marokańskiego miasta, będącego azylem zarówno dla ofiar, jak i oprawców czasów II wojny światowej, jest bowiem takim rzeczywistym azylem dla dużej rzeszy aktorów, którzy uciekli z Europy w momencie, kiedy było to jeszcze możliwe. Obok słynnej pary Bogart-Bergman stanęli m.in. Peter Lorre – węgierski aktor, znany chociażby z głośnego „M-Morderca” Fritza Langa (emigrował z Niemiec w roku 1933), Paul Henreid (Austriak, który opuścił Europę w roku 1935) czy Conrad Veidt – niezapomniany zabójca z filmu „Gabinet doktora. Caligari” (emigracja w roku 1933). Międzynarodowa ekipa świetnych aktorów doprowadziła do tego, że „Casablanca” – film, który z założeń wytwórni miał być jednym z wielu – stała się (zupełnie na odwrót) tym jedynym dla wielu pokoleń kinomanów.

„Casablanca” to zdecydowanie jeden z tych tytułów, który mimo upływu lat wciąż wywołuje wśród widzów dreszczyk emocji. Dzięki niezapomnianym rolom aktorskim, o których już wspominałem (w szczególności magnetyzm, jaki wytworzył się pomiędzy Bogartem a Bergman), ale i dzięki scenariuszowi, który mimo melodramatycznej sztampowości oferuje widzom trochę więcej, niż większość tytułów taśmowo realizowanych w latach 30. i 40. w hollywoodzkiej krainie snów. Najmocniejszą stroną skryptu (swoją drogą, opartego na sztuce napisanej przez Murray Burnett po jej podróży do Francji) zdaje się być postać Ricka oraz dylemat przed jakim staje ta nieco tajemnicza (mimo czasu poświęconego jej na ekranie) postać. Mężczyzna musi wybrać pomiędzy jedyną miłością a przekonaniami, które utożsamia mąż Ilsy – jak na ironię zdany na łaskę Ricka. W rezultacie, bohater znajduje się w sytuacji bez wyjścia, klatce – zresztą jego sytuacja wielokrotnie sugerowana jest widzowi przez autora zdjęć (Arthura Edesona), który z upodobaniem odbija na sylwetce mężczyzny cienie krat czy okiennic, zamykając go tym samym w ‘metaforycznym więzieniu’. Ten dramatyczny wątek, doskonale skontrastowany ze zgiełkiem kawiarni Ricka, ze światem układów i interesów dalece przekraczających podział na zwolenników Niemiec czy Wielkiej Brytanii- czyni z „Casablanki” film, który z jednej strony jest pełnokrwistym melodramatem, ale i z drugiej ramy melodramatu powoli zaczyna przekraczać.

Właśnie w tym oraz w kilku niezapomnianych kwestiach i ujęciach, zrealizowanych z niesamowitą pomysłowością (dla przykładu finałowa scena z samolotem w tle odegrana była przez grupę karłów krzątających się na tle makiety- mgła miała na celu ukrycie ewentualnych nieproporcjonalności), tkwi siła filmu Curtiza. Historia Ricka i Ilsy nie starzeje się, ponieważ podświadomie każdy z nas choć odrobinę utożsamia się z bohaterami. Każdy z nas chciałby spędzić te kilka szczęśliwych dni w Paryżu – a potem niech wali się świat…

Autor tekstu: Filip Jalowski

Witryna jest częścią StacjaKultura.pl i jest sponsorowana przez AMSO Rent Wynajem komputerów.

 

[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: Casablanca
Produkcja: USA
Rok wydania: 1942
Reżyseria: Michale Curtiz
Scenariusz: Casey Robinson, Julius Epstein, Philip Epstein, Howard Koch
Zdjęcia: Arthur Edeson
Muzyka: Max Steiner
Obsada: Humphrey Bogart, Ingrid Bergman, Peter Lorre, Paul Henreid, Conrad Veidt
Gatunek: Melodramat
Czas trwania: 102 min.

Manna recenzja filmu

Polska kinematografia stoi obecnie na przerażająco niskim poziomie. Kolejne produkcje w stylu np. „męska odpowiedź na Lejdis”, widniejąc przy tym na co drugim plakacie w kinie – po prostu zwalają mnie z nóg. Komedie może i Polakom wychodzą, ale ile można ich jeszcze kręcić? Tym bardziej, że filmy o walczących w obronie ojczyzny żołnierzykach z szabelką w ręku przestały być już nawet dobrym „dowcipem”. Na ratunek przychodzi jednak młody debiutant, który swoim pierwszym dziełem zdobywa nagrody i daje mi nadzieję na lepsze jutro polskiego kina.

Marcin budzi się w polonezie, na jakiejś leśnej polance. Nic nie pamięta i w dodatku nie ma zielonego pojęcia, w jaki sposób się tam znalazł. Kluczyków do samochodu nie posiada, zaś z bagażnika wychodzi Piotrek, którego mózg jest tak samo „wyczyszczony” jak u Marcina. Chłopcy zaprzyjaźniają się tudzież starają rozwikłać zagadkę tajemniczej teleportacji na polankę. Żeby problemów było mało – nie mogą się z niej wydostać. Otacza ich rzeczywistość niczym z trójkąta bermudzkiego. Na pomoc przychodzą im spadające z nieba karteczki. Pozwalają także wypowiadać po jednym życzeniu do każdej z nich. Bohaterowie nie są wymagający – zamawiają tylko „pizzę i browarek”, mając przy tym świetny ubaw. Czas leci jednak szybko, natomiast dywagacje między chłopcami robią się coraz dziwniejsze.

Moim zdaniem to najlepszy pomysł na film, który jest w stanie ożywić kilkuletnią i ponadto nużącą tendencję polskiego kina. Zabawna, przewrotna oraz zaskakująca fabuła zachwyca, szybko wciągając widza. Główni bohaterowie są wyraziści tudzież naturalni, co sprawia, że natychmiastowo zaskarbiają naszą sympatię. Młody reżyser, w swoim zakręconym przedsięwzięciu, wiedzie nas przez dziwaczną historię, gdzie irracjonalne sytuacje zderzają się ze sobą nawzajem w czasoprzestrzennej pętli. Pomimo tego, że „Manna” cechuje się zabarwieniem komediowym, posiada także elementy dramatu, momentami nawet lekkiej psychodeliczności. Film jest zarówno obrazem młodego Polaka jak i każdego człowieka, który mógłby się znaleźć w podobnej sytuacji. Takich ludzi jak Hubert Gotkowski potrzebuje polskie kino, gdyż są dla niego szansą na odrodzenie filmowego biznesu. Niecierpliwie czekam na kolejne takie produkcje. Serdecznie polecam tę opowieść wszystkim wrogom produkcji made in Poland J.

Reżyseria: Hubert Gotkowski
Scenariusz: Hubert Gotkowski
Obsada: Marcin Kabaj, Natalia Szypuła, Filip Rojek
Gatunek: Komedia, dramat

Ocena: 7/10

Autor Jakub Lipczik

AMSO Laptopy poleasingowe Warszawa sponsor witryny. Blog jest częścią StacjaKultura.pl

Zainteresowanych zapraszam do obejrzenia zwiastunu, który znajduje się TUTAJ.

Apocalypto recenzja filmu

Reżyser przedstawił w tym filmie swoją wizję drogi krzyżowej Chrystusa, zrealizował obraz z wielką surowością i brutalnością. Nie inaczej jest w przypadku „Apocalypto”.

„Pasja” i „Apocalypto” to zupełnie dwa oddzielne fabularnie filmy. Zdjęcia do tego drugiego powstawały w 2006r. w całkowitym ukryciu. Mel Gibson nie tylko napisał scenariusz, ale wziął się też za produkcję i oczywiście reżyserię. Można więc powiedzieć, że „Apocalypto” to jego osobisty projekt. Zapowiedzi były obiecujące.

W filmie nie występują żadne gwiazdy, fabuła opowiada o końcu cywilizacji Majów, a bohaterowie posługują się rodowitym językiem. Historia opiera się na przeżyciach jednego z wielu wojowników amazońskiej dżungli – Łapy Jaguara. „Apocalypto” rozwija się stopniowo, najpierw opisywane są przeżycia bohaterów, ich wzajemne relacje, codzienne czynności, polowania itd. Wszystko ukazane jest na przykładzie jednego z plemion. Wśród nich Łapa Jaguara jest mężczyzną szanowanym, młodym i nieco beztroskim. Chce być dobrym ojcem dla swojego dziecka. Od początku jednak możemy zaobserwować, że jest człowiekiem innym od pozostałych, wyjątkowym. Wydaje się być nieco przestraszony wizją wkroczenia w bezwzględną dorosłość, czasami działa pod wpływem strachu.

Nadchodzi czas próby dla Łapy Jaguara. Pewnego dnia jego wioskę napada inne plemię. Bohaterowi udaje się jednak sprytnie ukryć swoją ciężarną żonę i dziecko, a sam wybiera się do miejsca kultu – legendarnego kamiennego miasta. Podróż ta wydaje się być dla bohatera kompletną niewiadomą. Dopiero później zdaje sobie sprawę, że ma zostać złożony w ofierze tamtejszym bożkom. Wtedy zaczyna się wielka ucieczka Łapy Jaguara w amazońską dżunglę. Jest to o tyle trudne, że jego wrogowie są wręcz zdesperowani, aby schwytać bohatera. Mężczyzna musi nie tylko uciec swoim przeciwnikom, ale również sprostać niepoznanej jeszcze naturze i wrócić po swoją rodzinę.

„Apocalypto” niewątpliwie wciąga. Ogromną zaletę stanowią zdjęcia Deana Semlera, który z łatwością operuje kamerą w dżungli. Sceny gonitw, pościgów, polowań są sfilmowane bardzo efektownie. To również zasługa sprawnej reżyserii Mela Gibsona, który realizuje fabułę. Tym filmem przekonał mnie do siebie całkowicie. Dawno nie oglądałem obrazu, który wciągnął mnie w tak dużym stopniu już od pierwszej minuty. Mimo że film trwa ponad dwie godziny, nie nudzi i stale trzyma w napięciu.

Film wydaje się być produkcją perfekcyjną. Zaskakuje, nie jest przesadzony ani naciągany, ma świetną muzykę i wspaniałą, egzotyczną scenerię. Cały czas podążamy śladami Łapy Jaguara, mamy okazję poznać wszelkie niebezpieczeństwa czyhające w dżungli. Może pod koniec filmu robi się zbyt heroicznie i patetycznie, ale to zupełnie nie przeszkadza w oglądaniu. Gibson niewątpliwie poradził sobie z tematem, bo chociaż historia może wydawać się z pozoru nieco naiwna i wyolbrzymiona, w rzeczywistości taka nie jest.

Ten, kto jednak spodziewał się opowiedzenia historii schyłku cywilizacji Majów, ich wewnętrznego rozłamu oraz momentu wkroczenia na ich ziemię konkwistadorów, mocno się zawiedzie. Mel Gibson jedynie sygnalizuje to zjawisko, szczególnie pod koniec filmu. „Apocalypto” nie ma w sobie dużej dawki historii, bo reżyser postawił na akcję i świetną pod każdym względem, wciągającą opowieść.[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: Apocalypto
Produkcja: USA
Rok wydania: 2006
Dystrybutor: Monolith
Reżyseria: Mel Gibson
Scenariusz: Mel Gibson, Farhad Safinia
Zdjęcia: Dean Semler
Muzyka: James Horner
Obsada: Rudy Youngblood , Dalia Hernandez, Jonathan Brewer
Gatunek: Dramat, przygodowy
Czas trwania: 139 min.

Ocena: 8/10

autorem recenzji jest Juliusz Żebrowski

Sponsorem witryny jest sieć sklepów AMSO Komputery poleasingowe. Blog jest częścią StacjaKultura.pl

Gwiezdne Wojny: Wojny Klonów recenzja filmu

Filmy o przygodach wojowników ze świetlnym orężem i losach republiki są równie niezbędną serią do obejrzenia jak „Władca pierścieni” czy „Rambo”. Właściwie widział je każdy, aczkolwiek albo się je kocha, albo nienawidzi. Dla mnie jest to ewidentnie wciągające tudzież porywające kino przygodowe, które za każdym razem sprawia, że nie chcę wychodzić z kina. Mam ponadto cichą, niekiedy naiwną nadzieję, że seans będzie trwał wiecznie. Coraz więcej dużych produkcji jest robionych cyfrowo, dzięki nowoczesnej animacji można w nich pokazać znacznie więcej, a także dodać pewnego smaczku. Przecież chyba wszyscy lubią „bajki”? Nadszedł więc czas na słynne „Gwiezdne wojny” – wyprodukowane właśnie w tym stylu. Należy dodać, że w tej postaci pojawiły się już jako serial wg Genndy Tartakovsky’ego. Animacja opowiada o wojnie republiki oraz jej klonów z bezlitosnym hrabią Dooku i jego podwładnymi. Sithowie po raz kolejny chcą przejąć władzę, a także udowodnić, że nie ma od nich lepszych rycerzy. Na ich drodze stanie mistrz Anakin Skywalker, który w towarzystwie swojego byłego mentora – Obi-Wan Kenobiego – spróbuje uratować syna Jabby Huda z rąk hrabiego. Dooku chce namówić władcę planety Tattoine, aby dołączył do walki przeciwko państwu Amidali, wrabiając przy tym rycerzy Jedi w porwanie tudzież próbę zabójstwa jego pierworodnego. Waleczny i nieposkromiony, ale niesamowicie utalentowany Anakin dostanie też dodatkową misję od Yody. Będzie miał za zadanie wychować Padawana. Młoda adeptka o imieniu Asooka bardzo przypomina mistrza Skywalker’a za czasów, kiedy był uczniem Kenobiego. Z początku nie mogą dojść ze sobą do konsensusu, ale wynik końcowy ich wspólnej pracy jest fenomenalny. Jako duet stanowią niezbędny element wojsk republiki. Nie ma dla nich misji nie do wykonania. Oczywiście ich głównym zadaniem będzie odbicie małego Jabby oraz oczyszczenie rycerzy Jedi z zarzutów.

Film obfituje w bajeczne pejzaże i genialne efekty specjalne. Animacja jest surowa, ale jednocześnie bardzo przejrzysta tudzież dokładna. Pojedynki na miecze świetlne to prawdziwy majstersztyk – lasery oraz pociski plazmowe bez przerwy „śmigają” bohaterom koło uszu. Spotkamy również starych znajomych, takich jak: C3PO, mistrz Indu, a także lorda Sidiusa. Do czynienia będziemy mieć z nowymi przeciwnikami i pozytywnymi bohaterami, np. generałem Rexem czy wujkiem Jabby: Zero. Ścieżka dźwiękowa, którą znamy ze wszystkich części tworzy idealny klimat. Wówczas, gdy widzimy napisy tytułowe, sunące w górę ekranu, serce bije nam szybciej, zaś w uszach wyobrażamy sobie dźwięk „odpalanego” świetlnego miecza. Jednym słowem znacznie więcej Jedi, laserów, klonów i „Gwiezdnych Wojen”. Chyba nigdy nie będę miał dosyć produkcji George’a Lucasa – oby jego pomysły zaowocowały kolejnymi filmami.

Reżyseria: Dave Filoni
Scenariusz: Henry Gilroy, George Lucas
Obsada: Matt Lanter, Ashley Eckstein, James Arnold Taylor
Gatunek: Animacja, sci-fi, akcja

Ocena:
7/10

Autor Jakub Lipczik

Blog jest częścią StacjaKultura.pl, która jest utrzymywana dzięki uprzejmości AMSO Laptopy poleasingowe warszawa.

Alphabet Killer recenzja filmu

Tajemniczy alfabetyczny morderca zgwałcił, po czym zamordował trzy dziewczynki. Okrzyknięto go powyższym mianem, ponieważ imię i nazwisko każdej z ofiar nie tylko zaczynało się na tę samą literę, ale również nawiązywało do miejscowości, w której odnajdywano ich zwłoki:
– Carmen Colon (odnaleziona w Churchville)
– Wanda Walkowicz (odnaleziona w Webster)
– Michelle Maenza (odnaleziona w Macedon)

Film Roba Schmidta to próba rekonstrukcji okoliczności tych morderstw. Ci z Was, którzy znają przebieg śledztwa – wiedzą, że do tej pory nie udało się ustalić winowajcy. Scenariusz „Alphabet Killer” jest zatem owiany domniemaniami, które w większości przypadków nie mają żadnego związku z rzeczywistymi dowodami w tej sprawie.

Szanowany w środowisku policyjnym detektyw, Megan Paige, obsesyjnie angażuje się w sprawę pierwszej z ofiar: Carmen Colon. Główną bohaterkę zaczyna dręczyć zjawa zamordowanej. Błaga ją o pomoc, przy czym nieznacznie naprowadza na kolejne poszlaki. Zdesperowana niemożnością ustalenia sprawcy Megan, usiłuje się zabić. Zostaje oddana pod obserwację psychiatryczną i następnie poddana intensywnemu leczeniu. Po pewnym czasie wraca do pracy jako zwykła policjantka. Kiedy wydaje się, że jej halucynacje zniknęły na dobre, dochodzi do kolejnych zabójstw. Z materiału dowodowego wynika, że dokonał ich ten sam człowiek. Uprzednie hipotezy bohaterki zaczynają mieć sens dla ekipy, zajmującej się sprawą. Nikt jednak nie wie, że wtenczas demony przeszłości odżywają w umyśle Megan z potrojoną siłą…

„Alfabetyczny morderca” jest widowiskiem ciekawym, pełnym nieoczekiwanych zwrotów akcji. Trzyma w napięciu, zmuszając widza do wyciągania własnych wniosków. Włączenie do historii motywu niespokojnych dusz należy do atrakcyjnych chwytów, acz nieco już przestarzałych. Niekiedy akcja przesadnie skupia się na wątku schizofrenii głównej bohaterki, co na dłuższą metę może być nieco irytujące. Samo zakończenie, jak można było się spodziewać, to kompozycja otwarta. Jednak zostało przedstawione w sposób dosyć intrygujący, o czym możecie się przekonać po obejrzeniu tego filmu.

Przedsięwzięcie polecam osobom, chcącym zapoznać się z tematyką zbrodnii, które swego czasu wstrząsnęły całą Ameryką; lub tym z Was, co lubują się różnego rodzaju kryminałach.

Produkcja: USA
Rok wydania: 2008
Dystrybutor: Monolith
Reżyseria: Rob Schmidt
Scenariusz: Tom Malloy
Zdjęcia: Joe De Salvo
Muzyka: Eric Perlmutter
Obsada: Eliza Dushku, Tom Malloy, Cary Elwes, Timothy Hutton
Gatunek: Dramat, thriller
Czas trwania: 100 min.

Ocena:
8/10

Autor Alicja Paluch

Blog jest częścią StacjaKultura.pl i jest jej integralną częścią. AMSO Laptopy poleasingowe warszawa utrzymuje witryny.

Death Trance (Wojownik bez strachu) – recenzja filmu

Wywołuje liczne kontrowersje, wielu uważa, że to dno, nie posiadające absolutnie żadnej fabuły, ani tym bardziej dogłębnego przesłania. Moim zdaniem jest inaczej, dlatego też skupię się przede wszystkim na jego zaletach.

„Śmiertelny Trans”, w dosłownym tłumaczeniu na polski – należy zaznaczyć, że jest określany „Wojownikiem bez strachu” – to adaptacja japońskiej mangi o tym samym tytule. Film przedstawia świat fantasy, ale zupełnie inny od tego, który zazwyczaj bywa bazą dla większości ekranizacji. Nie opiera się na mężnym herosie, walczącym ze smokami, bądź na przyjaźni pomiędzy chłopcem a tą mistyczną istotą. Od razu zaznaczam, że czegoś takiego tutaj nie znajdziecie. Jeżeli chcielibyśmy zinterpretować tytuł, można byłoby go powiązać z nieustanną, dosyć krwawą ekstazą, jaka towarzyszy głównemu bohaterowi, do momentu rezurekcji tajemniczej boginki i kolosalnie zwiększa się po jej uwolnieniu. Fabuła bez wątpienia do jasnych i niezawiłych nie należy. Nie oszukujmy się, albowiem w produkcjach tego typu zazwyczaj przesuwa się ją na drugi plan. Liczą się głównie efekty specjalne, popisy walk i towarzysząca im muzyka.

Historia rozpoczyna się w klasztorze mnichów, których cechą charakterystyczną są liczne tatuaże na ciele. Dookoła roznosi się mroczna aura tajemniczości, która zresztą utrzymuje się do samego końca filmu. Stwarza grozę i przysparza o dreszcze. Świątynia, stanowiąca od wieków siedzibę kapłanów, przyozdobiona jest metalowymi łańcuchami, wygląda na bardzo starą. Zgodnie z pradawną legendą ukryta jest w niej dobrze zapieczętowana trumna z ciałem Bogini Zniszczenia. Ponoć po jej otwarciu świat ulegnie zagładzie, spełnią się najczarniejsze scenariusze wizjonerów. Nawiązuje to w pewnym sensie do greckiej legendy o Puszce Pandory. Podanie również głosi, iż ten, kto ją zdobędzie, zaniesie do lasu na Zachodzie i właśnie tam odpieczętuje, spełni wszystkie swoje najskrytsze pragnienia, dozna tego, co nie jest pisane zwykłym śmiertelnikom i otrzyma drogocenne skarby. Zdaniem mnichów nagroda stanowi jedynie przykrywkę, aby zachęcić chełpliwych do otwarcia sarkofagu. Przez lata spoczywał w klasztorze pod bacznym okiem kapłanów o walecznych sercach, wielu starało się do niego dotrzeć, bezkarnie go wykraść, lecz bezskutecznie. Panował spokój, aż nadszedł moment, w którym ON się zjawił. Dzielny wojownik z mieczem, którego imienia nikt z początku nie zna. Przekracza mury świątyni i rozprawia się skutecznie niemalże ze wszystkimi. Bierze ze sobą trumnę i zaczyna kierować się w stronę lasu na Zachodzie. Jedyny ocalały z klasztoru akolita, po odzyskaniu przytomności, podąża w ślad za nim. Nie pamięta jak wyglądał oprawca, nie potrafi walczyć, jednak uparcie stara się zdobywać o nim informacje, by w odpowiednim momencie powstrzymać go od zamiaru. Od tejże chwili rozpoczyna się dosyć zabawna pogoń za trumną, która nie ma w końcu tylko jednego amatora. Awanturnicy odbijają ją sobie nawzajem, zbliżając się coraz bardziej do tajemniczego lasu. Cała akcja wzbogacona jest dialogami z poczuciem humoru i dowcipnymi sytuacjami. Ostatecznie sarkofag trafia w ręce tego, który wykradł ją ze świątyni mnichów- Grave’a. Zostaje otwarty. Bogini Zniszczenia odradza się, nie spełnia jednak pragnień, ani nie obdarowuje skarbami swojego wybawiciela. Kobieta szykuje się do zniszczenia świata, chce zamienić go w bezwartościowy pył. Okazuje się, że główny bohater został obdarzony nadludzką siłą, można stwierdzić, iż zyskuje w pewnym stopniu nieśmiertelność. Wzbija się w przestworza i rozpoczyna krwawą walkę z boginią. Film nie ma tak naprawdę zakończenia, ostatnia scena jest niejasna, można odebrać wrażenie, iż powstanie kontynuacja „Death Trance”. Na samym końcu padają słowa: „ON jest nadzieją”.

Poza świetnymi efektami specjalnymi, nadzwyczaj dynamicznymi i dobrze zgranymi z muzyką walkami, należy zwrócić też uwagę na nietypowe kostiumy, albowiem mają ścisłe powiązanie z trendem mody japońskiej o nazwie Harajuku. W swojej pierwotnej formie polega na odszyfrowywaniu przesłań, wynikających z danego stroju, odnoszących się do charakteru i statusu społecznego. Przebrania są ciekawe, nietypowe, nawet dziwaczne, lecz wpasowane w mroczną scenerię świata. Bardzo interesujące jest ponadto zestawienie potworów, które pojawiają się w lesie. Anioły, wampiry, straszne małe dziewczynki, rzadko kiedy można spotkać je wszystkie w jednym filmie.

„Death Trance” polecić można tym, którzy są już definitywnie znudzeni stereotypową fantastyką o smokach i herosach. Ponoć zwolennicy serii Final Fantasy są jemu bardzo przychylni. Jednak przede wszystkim należy bardziej nastawić się na doznania estetyczne niż na wspaniale dopracowaną fabułę.

Produkcja: Japonia
Rok wydania: 2005
Dystrybutor: IDG
Reżyseria: Yuji Shimomura
Scenariusz: Junya Kato, Shinichi Fujita
Zdjęcia: Shinichi Fujita
Muzyka: Rui Ogawa
Obsada: Tak Sakaguchi, Honoka Asada, Yoku Fujita
Gatunek: Fantasy, przygodowy
Czas trwania: 90 min.

Ocena: 8,5/10

Autor: Alicja Paluch

Blog jest własnością portalu StacjaKultura.pl i teksty należą do tego podmiotu. Witryna jest utrzymywana dzięki wsparciu AMSO

Laptopy poleasingowe.

Oda Do Radości recenzja filmu

Produkcja ta bowiem jest zbiorem trzech nowelek, a dodatkowo każda z nich jest wyreżyserowana przez inną osobę. Mimo wszystko tworzą one wspólną całość, na tyle ujmującą, że film ten otrzymał „Nagrodą Specjalną Jury” na festiwalu w Gdyni.

Jak już wspomniałem, „Oda do radości” składa się z trzech epizodów, które opowiadają o młodych ludziach poszukujących szczęścia w naszym rodzimym kraju.

Pierwsza nowelka nosi tytuł „Śląsk” i została wyreżyserowana przez Annę Kazejak-Dawid. Bohaterką tej historyjki jest Agnieszka powracająca z Anglii, gdzie była zatrudniona jako sprzątaczka. Kiedy dociera w rodzinne strony, rzeczywistość ją przeraża. Dowiaduje się bowiem, że w Polsce nie jest tak wesoło jak na Wyspach. Ojciec strajkuje, aby nie zamknięto jego kopalni, matka zaś straciła pracę. Dziewczyna nie chce jednak się poddać. Inwestuje ciężko zarobione pieniądze i otwiera zakład fryzjerski.

„Warszawa” to tytuł drugiej noweli. Reżyserem jej jest Jan Komasa. Jak nietrudno się domyślić, akcja tego epizodu rozgrywa się w Warszawie. Bohaterem jest Michał – młody raper bez wykształcenia. Niestety, jego życie również nie jest sielanką. Mimo tego, że wygrywa konkurs na najlepszego hip-hopowca, ma problemy rodzinne. Dodatkowo ojciec jego dziewczyny upokarza go na każdym kroku, a na końcu nakłania swoją córkę do wyjazdu.

Bohaterem trzeciej, a zarazem ostatnie nowelki noszącej tytuł „Morze” jest Wiktor. Scenariusz napisał Maciej Migas. Historia opowiada nam o losach człowieka, który po studiach w Warszawie powraca do rodzinnego domu. Tam podejmuje pracę w sklepie rybnym. Dla niego życie także nie układa się pomyślnie. Rodzina pragnie pozbyć sie go, aby wynająć przyczepę kempingową w której mieszka. W pracy też mu się nie układa, gdyż ciągle jest upokarzany przez kolegów i szefa.

Apogeum całego filmu jest spotkanie trzech wyżej opisanych przeze mnie bohaterów…

Najmocniejszym punktem „Ody do radości” jest jej realistyczne ukazanie postaci i ich problemow. Niesamowicie wiarygodni bohaterowie i ich historie sprawiają, że czujemy z nimi więź. Przekonujemy się, że Polska nie ma nic do zaoferowania młodym, utalentowanym ludziom. Tutaj każdy oddycha z trudem. Anna Kazejak, Jan Komasa i Maciej Migas nie dają recepty na szczęśliwe życie. Zmuszają nas tylko do refleksji o życiu doczesnym.

Mimo tego, że film jest krótki, a miejscami strasznie uproszczony, potrafi przekazać wszystkie bolączki szarej, smutnej rzeczywistości, z która paktycznie każdy z nas spotkał się w swoim życiu. Widowisko polecam każdemu, zwłaszcza, że aby wejść w jego posiadanie, wystarczy odwiedzić witrynę: oda do radości.

Witryna utrzymana dzięki AMSO Komputery poleasingowe.

[strona_podzial]
Tytuł oryginalny:
Oda do radości
Produkcja: Polska
Rok wydania: 2005
Dystrybutor: Gutek Film
Reżyseria: Anna Kazejak-Dawid, Jan Komasa, Maciej Migas
Scenariusz: Anna Kazejak-Dawid, Jan Komasa, Maciej Migas
Zdjęcia: Klaudiusz Dwulik
Muzyka: Jacek Lachowicz
Obsada: Małgorzata Buczkowska-Szlenkier, Dorota Pomykała, Piotr Głowacki
Gatunek: Dramat, obyczaj
Czas trwania: 118 min.