Thor recenzja filmu

Całe uniwersum Marvela powoli wypełnia się kolejnymi postaciami – przygotowując nas jednocześnie do „The Avengers” w 2012 roku. Bardzo przyjemnym aspektem są też krótkie filmiki wprowadzające do następnych części,  a pojawiają się po każdej ekranizacji spod skrzydeł Marvel Studios (zaczęło się już od „Iron Mana”). Jak wiadomo „Mściciele” to Wasp, Spider-Man, Wolverine, Hulk/Banner, Iron Man i właśnie bóg piorunów Thor. Bohater nowego filmu razem z Kapitanem Ameryką był założycielem grupy, która podlegała Nickowi Fury, a także organizacji S.H.I.E.L.D. Członkowie „Avengers” zmieniali się przez lata, ale fasadę grupy stanowili wyżej wymienieni superbohaterowie. Twórcami ich przygód byli: ojciec X-Menów Stan Lee i twórca „Fantastic Four” Jack Kirby. Kilka z nich miało już swoje filmy ale przed nami jeszcze przygody Fury’ego, Cap’a i co najmniej dwa spin-offy, m.in. o poruczniku „Hawkeye” (genialnym snajperze-łuczniku odgrywanym przez Jeremy’ego Rennera).  Kolejną ekranizacją zaczynamy od celtyckiego boga-wojownika.

Czytaj dalej Thor recenzja filmu

Teoria spiskowa Marvela!

Obecnie znane jako Marvel Studios, przy czym wykupione przez Walt’a Disneya, kiedyś musiało korzystać z pomocy innych wytwórni filmowych. Powstałe w 1939 roku wydawało swoje mało znane powieści obrazkowe w gazetach. Potem- jako Atlas Comics- coraz bardziej rozwijało swoją działalność. W końcu, po wielu, można by rzec reinkarnacjach, stało się jednym z najważniejszych komiksowych wydawnictw w Stanach Zjednoczonych w 1960 roku. Pozyskało m.in. takie postaci jak: Stan Lee, Jack Kirby czy Steve Ditko i stworzyło największy koncern komiksowy- obejmujący na chwilę obecną nie tylko rysowane historie, ale również filmy, gry, animacje czy gadżety.

Czytaj dalej Teoria spiskowa Marvela!

Wall-E recenzja filmu

W dobie ogólnego konsumpcjonizmu i masowej komputeryzacji często pojawiają się produkcje dotyczące zagłady ludzkości. Jak jednak można to ubrać w animację? A właśnie w taki sposób w jaki zrobili to twórcy przesympatycznego Wall E′ego. Kiedy zasiadałem przed seansem nie oczekiwałem ambitnej, a tym bardziej tak zabawnej historii. Pełen przekazów, emocji, uczuć film trafia w sedno każdego widza.

Film opowiada o robocie, który pozostał sam na Ziemi, po tym jak wszyscy ludzie uciekli w kosmos z powodu za dużego zaśmiecenia planety. Nie ma już oceanów, rzek, błękitnego nieba. Tylko pustynie śmieci, które Wall E sprzątał, gdyż jest robotem przetwarzającym. Bardzo szybko się jednak uczy i uwielbia oglądać telewizję. Pewnego razu, na Ziemię przylatuje dziwny statek, który wysyła białego robota bojowego do sprawdzenia planety. Nasz bohater poznaje nowego przybysza o imieniu „EVA”. Gdy nowy przyjaciel Wall E’go znajduje to, po co przybył, zostaje zabrany z powrotem w kosmos. Nie leci jednak sam, razem z Eva podróżuje też mały robocik, który nie wie, że w miejscu z którego pochodzi jego sympatia, to właśnie on przeprowadzi istną rewolucję.

Naprawdę nietuzinkowa animacja, piękne zdjęcia i efekty zachwycają oko, a mechaniczni bohaterowie bardzo szybko kradną nasze serca. Relacja pomiędzy bohaterami została ukazana w tak niezwykły sposob, żę momentami ciężko jest nam uwierzyć jak właściwie niemi bohaterowie (w dodatku mechaniczni) mogą przybliżać nam nasz własne, ludzkie rozterki nie tylko te sercowe. Mimo, że nie wypowiadają praktycznie żadnych słów, są bardziej wymowni niż niejeden aktor.  Przygody robotów okala bardzo klimatyczna muzyka i bajeczna wręcz animacja. Całość idealnie do siebie pasuje zabierając nas w podróż nie tylko w kosmos ale i do wnętrza każdego z nas. Główni bohaterowie z upływem fabuły stają się ikonami rewolty, jaka będzie miała miejsce w ludzkiej historii i faktycznie, trzeba się zastanowić, czy nie czeka nas taki los jak ludzi, którzy uciekli z Ziemi. Świetny pomysł twórców, zrealizowany w tak fantastyczny sposób, że nie można przejść obojętnie obok tego filmu.

Moim zdaniem, jest to najlepszy obraz animowany, jaki dotychczas wypuścili twórcy z Pixar Studios i nie wiem czy nie najlepszy w przeciągu kilku czy nawet kilkunastu lat. Teraz, żeby przebić „Wall E”, konstruktorzy animacji będą musieli bardzo się postarać, bo kolejne produkcje widzowie na pewno będą porównywać do przygód małego robota.

autor: Jakub Lipczik

Witryna jest częścią StacjaKultura.pl, a tekst jest własnością tego portalu. AMSO Rent Wynajem Komputerów jest sponsorem wszystkich witryn należących do StacjaKultura.pl

[strona_podzial]


Tytuł oryginalny:
Wall-E
Produkcja: USA
Rok wydania: 2008
Dystrybutor: Forum Film
Reżyseria: Andrew Stanton
Scenariusz: Andrew Stanton
Obsada: Ben Burtt, Elissa Knight, Jeff Garlin
Gatunek: Animacja, familijny, sci-fi
Czas trwania: 98 min.

Ocena: 9/10

Paranormal Activity recenzja filmu

Jedenaście tysięcy dolarów, nierozpoznawalni aktorzy i scenariusz w formie szczątkowej – to wszystko, czym dysponował Oren Peli, tworząc swój filmowy obraz i prawdopodobnie nawet nie licząc na to, że zwróci on stukrotnie swój budżet. Na czym zatem polega fenomen horroru, który przeraził samego Stevena Spielberga?

Katie od dawna przeczuwa, że jest prześladowana przez pozaziemską istotę. Jak później informuje ją zatrudnione medium, nie jest to duch, a więc istota ludzka, ale siła zła- demon. Zachwycony sytuacją Micah, który nie traktuje obaw narzeczonej poważnie, kupuje kamerę, aby przyłapać intruza na gorącym uczynku. Od tej pory widz towarzyszy parze o każdej porze nocy i dnia, stając się świadkiem osobliwego, mrożącego krew w żyłach, reality-show. Co budzi w tym obrazie większą grozę – czy fakt, że wydarzenia rozgrywają się niejako „na żywo”, stając się przez to bardziej uprawdopodobnionymi, czy może same zjawiska paranormalne, jakie stopniowo rejestruje włączony sprzęt, a może napięcie wywołane oczekiwaniem na nadnaturalne zdarzenie- trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, wszystkie te elementy tak harmonijnie z sobą współgrają, że nastrój grozy i strachu stopniowo wzrasta, uniemożliwiając jednocześnie oderwanie oczu od ekranu w oczekiwaniu na wyjaśnienie paranormalnej zagadki.

I chociaż nie pojawiają się w filmie duchy, potwory ani przybysze z innych planet – a więc elementy, którymi karmią nas największe hollywódzkie produkcje ostatnich czasów, „Paranormal activity” i bez tego powoduje gęsią skórkę u najzagorzalszych wielbicieli filmów tego gatunku. Horror Peli pobudza bowiem wyobraźnię i oddziałuje na psychikę odbiorcy pośrednio, pobudzając w ten prosty sposób jedno z pierwotnych uczuć ludzkich- strach.

Dwa lata to okres, w jakim film przeszedł od wytwórni Spielberga na ekrany kin. Słynny producent próbował w tym czasie nakłonić Peli do ponownego nakręcenia horroru- z większym budżetem, znanymi aktorami i mnogością efektów specjalnych. Upór reżysera okazał się świetnym posunięciem. To publiczność zyskała głos rozstrzygający w sporze. Po wyświetleniu filmu na kilku festiwalach filmów niezależnych (m.in. Festiwal Filmowy Tellruide) oraz internetowemu głosowaniu, Spielberg nie mógł dłużej przetrzymywać „Paranormal activity” w archiwum swojej wytwórni. Horror trafił do kin ku uciesze fanów.

W Polsce „Paranormal activity” zobaczyć można od 20 listopada. Jest to niewątpliwie jedna z najważniejszych produkcji 2009 roku, której nie można przegapić. Bardziej zagorzałych wielbicieli filmu ucieszy zapewne fakt, że reżyser rozpoczął już prace nad swoim najnowszym projektem- „Area 51”. Jak przekonuje Peli, horror utrzymany zostanie w podobnym klimacie.

Autor Natalia Klimek

Witryna jest częścią StacjaKultura.pl, a blog utrzymany jest dzięki AMSO Rent Wynajem komputerów

[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: Paranormal Activity
Produkcja: USA
Rok wydania: 2009
Dystrybutor: Vision
Reżyser: Oren Peli
Scenariusz: Oren Peli
Obsada: Katie Featherstone, Micah Sloat, Mark Fredrichs
Gatunek: Horror
Czas trwania: 86 min.

Casablanca recenzja filmu

Nieśmiertelna „Casablanka”- film Michaela Curtiza, znajdujący się na drugim miejscu w rankingu najlepszych melodramatów w historii kina, który został zamieszczonym na naszym portalu.

Elegancki, milczący mężczyzna, pomiędzy kilkoma ścianami, stworzył świat na nowo – rzeczywistość bez granatów, wszechobecnej śmierci, brudu, zniszczenia i głodu, za to pełną układów, układzików oraz szemranych interesów. Rick zamknął się w swym lokalu i zabronił grać Samowi, swemu pianiście, pewną piosenkę, która przypominała mu chwile spędzone w Paryżu u boku jedynej kobiety, którą potrafił szczerze pokochać. W ten sposób pragnął zamknąć pewien rozdział swojego życia, zacząć od początku. I może to wszystko miało sens, może by się udało, gdyby pewnego wieczoru, progu knajpki nie przekroczyła Ilsa – kobieta, która niegdyś spędziła szczęśliwe chwile w Paryżu i znała piosenkę, którą tak bardzo chciał zapomnieć Rick.

Ten krótki wstęp jest oczywiście wprowadzeniem do nieśmiertelnego melodramatu, wyreżyserowanego w latach 40. XX wieku przez Michaela Curtiza, węgierskiego emigranta o żydowskich korzeniach. Podkreślenie narodowości człowieka, który stanął za kamerą nie jest przypadkowe. „Casablanca”, przedstawiająca intensywny świat marokańskiego miasta, będącego azylem zarówno dla ofiar, jak i oprawców czasów II wojny światowej, jest bowiem takim rzeczywistym azylem dla dużej rzeszy aktorów, którzy uciekli z Europy w momencie, kiedy było to jeszcze możliwe. Obok słynnej pary Bogart-Bergman stanęli m.in. Peter Lorre – węgierski aktor, znany chociażby z głośnego „M-Morderca” Fritza Langa (emigrował z Niemiec w roku 1933), Paul Henreid (Austriak, który opuścił Europę w roku 1935) czy Conrad Veidt – niezapomniany zabójca z filmu „Gabinet doktora. Caligari” (emigracja w roku 1933). Międzynarodowa ekipa świetnych aktorów doprowadziła do tego, że „Casablanca” – film, który z założeń wytwórni miał być jednym z wielu – stała się (zupełnie na odwrót) tym jedynym dla wielu pokoleń kinomanów.

„Casablanca” to zdecydowanie jeden z tych tytułów, który mimo upływu lat wciąż wywołuje wśród widzów dreszczyk emocji. Dzięki niezapomnianym rolom aktorskim, o których już wspominałem (w szczególności magnetyzm, jaki wytworzył się pomiędzy Bogartem a Bergman), ale i dzięki scenariuszowi, który mimo melodramatycznej sztampowości oferuje widzom trochę więcej, niż większość tytułów taśmowo realizowanych w latach 30. i 40. w hollywoodzkiej krainie snów. Najmocniejszą stroną skryptu (swoją drogą, opartego na sztuce napisanej przez Murray Burnett po jej podróży do Francji) zdaje się być postać Ricka oraz dylemat przed jakim staje ta nieco tajemnicza (mimo czasu poświęconego jej na ekranie) postać. Mężczyzna musi wybrać pomiędzy jedyną miłością a przekonaniami, które utożsamia mąż Ilsy – jak na ironię zdany na łaskę Ricka. W rezultacie, bohater znajduje się w sytuacji bez wyjścia, klatce – zresztą jego sytuacja wielokrotnie sugerowana jest widzowi przez autora zdjęć (Arthura Edesona), który z upodobaniem odbija na sylwetce mężczyzny cienie krat czy okiennic, zamykając go tym samym w ‘metaforycznym więzieniu’. Ten dramatyczny wątek, doskonale skontrastowany ze zgiełkiem kawiarni Ricka, ze światem układów i interesów dalece przekraczających podział na zwolenników Niemiec czy Wielkiej Brytanii- czyni z „Casablanki” film, który z jednej strony jest pełnokrwistym melodramatem, ale i z drugiej ramy melodramatu powoli zaczyna przekraczać.

Właśnie w tym oraz w kilku niezapomnianych kwestiach i ujęciach, zrealizowanych z niesamowitą pomysłowością (dla przykładu finałowa scena z samolotem w tle odegrana była przez grupę karłów krzątających się na tle makiety- mgła miała na celu ukrycie ewentualnych nieproporcjonalności), tkwi siła filmu Curtiza. Historia Ricka i Ilsy nie starzeje się, ponieważ podświadomie każdy z nas choć odrobinę utożsamia się z bohaterami. Każdy z nas chciałby spędzić te kilka szczęśliwych dni w Paryżu – a potem niech wali się świat…

Autor tekstu: Filip Jalowski

Witryna jest częścią StacjaKultura.pl i jest sponsorowana przez AMSO Rent Wynajem komputerów.

 

[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: Casablanca
Produkcja: USA
Rok wydania: 1942
Reżyseria: Michale Curtiz
Scenariusz: Casey Robinson, Julius Epstein, Philip Epstein, Howard Koch
Zdjęcia: Arthur Edeson
Muzyka: Max Steiner
Obsada: Humphrey Bogart, Ingrid Bergman, Peter Lorre, Paul Henreid, Conrad Veidt
Gatunek: Melodramat
Czas trwania: 102 min.

Miasto złodziei recenzja filmu

Teraz radzi sobie znakomicie, jako reżyser nawet lepiej niż jako aktor. Inspiracji mu nie brakuje, to widać, a złośliwe komentarze na temat jego osoby powoli zanikają. Film „Gdzie jesteś Amando?”, który Affleck wyreżyserował i w którym obsadził w głównej roli swojego brata, był w moim mniemaniu obrazem doskonałym, jednym z najlepszych w tamtym roku.

Natomiast jako aktor Ben zaliczył ostatnio całkiem niezłą rolę w intrygującym „Stanie gry”. Teraz nadeszła pora na rolę potrójną, bo ikona Hollywoodu (chyba mogę używać takiego określenia) zmierzyła się zarówno ze scenariuszem, reżyserią jak i główną kreacją. Tym razem Affleck zainspirował się kinem sensacyjnym. W sieci nie brakuje już porównań do słynnej „Gorączki” z Al Pacino i Robertem De Niro w rolach głównych. Zresztą te porównania są uzasadnione- w „Mieście Złodziei” też mamy pojedynek dwóch twardych osobowości oraz ogromny, ale niepożądany wpływ kobiety na życie mężczyzny. Oczywiście nie warto w tym momencie oceniać filmu Afflecka z perspektywy dzieła Michaela Manna, bo „The Town” raczej nie zamierza rywalizować z „Heat”- stanowi bardziej hołd niż wyzwanie. Bardzo zaskoczyła mnie świeżość tego obrazu oraz fakt, że mimo dość ogranej historii udało się stworzyć kino nieprzewidywalne, trzymające poziom. Biorąc pod uwagę ostatnimi czasy kondycję filmów sensacyjnych, „Miasto Złodziei” zdecydowanie podnosi poprzeczkę, może też ubiegać się o miano najlepszego filmu roku tego gatunku. Ośmieliłbym się nawet zaryzykować tezę, że nie obejdzie się bez nominacji do Oscarów. Wskazują na to chociażby liczne wyróżnienia na festiwalach będących tylko przedsmakiem do rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. I nie mówię tu tylko o nominacji za „Najlepszy Film”, ale również za reżyserię Bena Afflecka, który z tym zadaniem poradził sobie całkiem zgrabnie.

Mamy więc klasyczną historię- 4 facetów znających się od lat napada na banki i okrada samochody w jednej z dzielnic Bostonu. Ich szefem jest Doug MacRay. Oczywiście między mężczyznami istnieje szereg zależności, głównie między Doug’iem, a Jamesem- jest to zresztą bardzo ciekawy wątek produkcji, dobrze rozwinięty. Szef szajki tak naprawdę nie jest złym facetem, nigdy nikogo nie zabił, zawsze stara się nikomu nie wyrządzić krzywdy- z natury jest dobrym człowiekiem, robi po prostu to co umie. Jego przeciwieństwem jest porywczy, ale zdolny do największych poświęceń James. Sytuacja nieco się komplikuje, kiedy panowie dokonują wielkiego skoku, podczas którego jako zakładnika biorą pracownicę banku- Claire Keesey. Kobietę oczywiście później wypuszczają, ale zdają sobie sprawę, że tylko ona poprzez współpracę z FBI będzie w stanie wsadzić ich za kratki. Nikt jednak nie potrafi przewidzieć faktu, że Doug się w niedalekiej przyszłości w Claire zakocha i będzie chciał się dla niej zmienić, po raz pierwszy opuścić Boston, w którym spędził całe dotychczasowe życie. „Miasto Złodziei” przedstawia nam więc ciekawą konfrontację między agentem FBI, który wie, że za szereg rabunków odpowiedzialny jest gang MacRay’a- brakuje mu tylko dowodów- a Doug’iem właśnie, który frajerem nie jest i wie jak uciec od odpowiedzialności. Jeszcze ciekawiej na tle tego wątku rysuje się relacja między Claire, a głównym bohaterem- z początku niewinna, wrażliwa, przekształcająca się z czasem w wielkie zauroczenie i namiętne oddanie. Na uwagę zasługuje również sama postać Jamesa, jako tego, który temperuje Douga i nie popiera jego „miłosnych wyczynów”. Wspomniałem również o zależnościach, które łączą tych dwóch panów. Uwydatniają się one w drugiej części filmu, tej ważniejszej, żywszej, pełnej emocji i ważnych wyborów bohaterów. Ważny jest również wątek dzieciństwa bohatera- jego relacji z ojcem (przebywającym w więzieniu) oraz matką (bardziej wyimaginowaną), która opuściła go kiedy ten miał 6 lat. Bardzo wrażliwie Affleck rysuje motyw zawodu na drugiej osobie, idealizacjai przeszłości jako rozdziału życia niepoznanego, nieodkrytego, nasyconego pewnym sentymentalizmem oraz smutkiem.

To na co można narzekać to trochę za mało konfrontacji między samym agentem FBI- Adamem Frawley- a głównym bohaterem. Brakowało mi twardych dialogów między nimi dwoma (był zaledwie jeden). Ten fakt można jednak pominąć, gdyż akcja filmu miała szybkie tempo, szereg poszczególnych wątków jako nieprzewidywalnych, nurtowały widza i trzymały w napięciu. Nieznana pozostawała też przez cały czas wizja zakończenia. Oczywiście to wszystko stanowi pewne utarte schematy, które już nie raz w kinie widzieliśmy, Affleck jedynie odświeżył gatunek, udało mu się też bardzo umiejętnie sklecić wątki, które normalnie aż tak by nie inspirowały jak to miało miejsce w „Mieście Złodziei”. Bardzo dobrze na ekranie wypadło również samo miasto, czyli Boston, jako miejsce, w którym bohaterowie spędzili całe swoje życie. Kojarzy to się ze swoistą prowincją, wielkim miastem od tej sentymentalnej, szarawej strony, z miejscem, z którego się nie wyjeżdża, nie opuszcza starych murów, z którym wiążą się wszystkie życiowe wspomnienia, nawet te złe. „The Town” to też znakomicie dobrana obsada aktorska-  Ben Affleck, Jeremy Renner (znany  z „Hurt Locker”), świetna ale niedoceniana Rebecca Hall oraz Jon Hamm („Man Men”).

Ben Affleck po raz kolejny podkreślił, że już dawno podniósł się z dna i rusza na podbój filmowej Ameryki. Dobrze powodzi mu się jako aktorowi, ale nawet lepiej jako reżyserowi. Przypominam, że „Miasto Złodziei” wchodzi na polskie ekrany 7 stycznia 2011 roku.

 

Autor; Juliusz Żebrowski

Witryna utrzymana dzięki AMSO REnt Wynajem komputerów. Blog jest częścią StacjaKultura.pl

[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: The Town
Produkcja: USA
Rok wydania: 2010r.
Dystrybutor: Warner Bros.
Reżyseria: Ben Affleck
Scenariusz: Ben Affleck, Peter Craig
Zdjęcia: Robert Elswit
Muzyka: David Buckley, Harry Gregson- Williams

Obsada: Ben Affleck, Jeremy Renner, Rebecca Hall, Jon Hamm
Gatunek: Dramat, Kryminał
Czas trwania: 124 min.
Ocena:
 8/10

 

Vincent Price sylwetka aktora

Przez wielu nazywany Mistrzem Makabry, a nawet okrzyknięty Królem Horroru. Na swoim koncie ma grubo ponad 100 filmów kinowych i telewizyjnych, ale same horrory stanowią zaledwie 30%. Skąd więc tak zaszczytne miano? Mówi się, że magia tkwi w szczegółach ,i właśnie na tym Vincent Price opierał swoje role, kładąc szczególny nacisk na wyraz oczu i tonację głosu. Zawsze elegancki, o nienagannych manierach, jednak z pewną domieszką złowieszczej tajemniczości, stał się symbolem możnego pana na zamku, którego okoliczności zmusiły do sprzymierzenia się ze złem. Co najciekawsze, Price nigdy nie planował zostać aktorem, a już pewno nie przewidział, że kino grozy stanie się jego największą życiową podróżą.

Urodził się 27 maja 1911 roku, w St. Louis w stanie Missouri w  USA, jako najmłodszy z czworga dzieci Margaret Cobb Wilcox i Vincenta Leonarda Price’a. Od najmłodszych lat podzielał pasję matki, jaką była sztuka. To sprawiło, że skoncentrował się na dążeniu do zostania historykiem sztuki. Swój cel osiągnął, gdy to w 1933 roku ukończył uniwersytet w Yale, właśnie na kierunku historii sztuki. Aktorstwem zainteresował się dopiero, gdy wyjechał do Londynu i miał tam dużą styczność z teatrem. To sprawiło, że zapragnął grać. Pierwszy raz na scenie pojawił się w londyńskiej produkcji „Chicago” (znacznie wcześniejszej wersji broadwayowskiego musicalu), gdzie zagrał policjanta. Już ten epizod wystarczył, by został wybrany do roli księcia Alberta w „Victorii Reginie” wystawionej w Gate Theatre, gdy Vincent miał 23 lata. Jego kreacja okazała się tak dobra, że o młodego Price’a upomniał się Broadway.

W 1938 roku  zadebiutował na ekranie, w komedii „Service de Luxe”. Film nie wniósł zbyt wiele do jego kariery, ale stał się przepustką do Hollywood. Pierwszą prestiżową produkcją Price’a było „Prywatne życie Elżbiety i Essexa” (1939), gdzie miał okazję wystąpić z samą Bette Davis i Errolem Flynnem. Kolejny raz dostał mniejszą rolę, choć niewiele brakowało, a zagrałby głównego bohatera. W 1940 roku do kin wszedł „Powrót niewidzialnego człowieka”. Wydawać by się mogło, że los uśmiechnął się do Price’a, którego nazwisko nareszcie pojawiło się w obsadzie jako pierwsze. Nic bardziej mylnego – przez zdecydowaną większość filmu, co podpowiada tytuł, miał obandażowaną twarz i grał jedynie swoim głębokim charyzmatycznym głosem. Późniejsze filmy, jak choćby „The House of the Seven Gables” (1940), „Green Hell” (1940), „Pieśń o Bernadette” (1943), „Laura” (1944), „Klucze do królestwa” (1944), czy „Zostaw ją niebiosom” (1945), niczego nie zmieniły –  Vincent pozostawał w cieniu, a wszystkiemu winien był jeden „drobiazg” – dla producentów, mierzący 193 cm wzrostu Price, był zwyczajnie za wysoki do pierwszoplanowej roli. Zły czar prysnął, gdy Joseph L. Mankiewicz obsadził go w „Dragonwyck” (1946), ekranizacji powieści Anyi Seton rozgrywającej się w XIX wieku. Jego bohater, Nicholas Van Ryn, uzależniony od narkotyków pan gotyckiego zamku, przypomina nieco kreacje Price’a z adaptacji opowiadań Edgara Allana Poe z lat 1960-65 . Historia ta ukazuje, ile złego może się wydarzyć w ludzkim umyśle i psychice po tragicznych wydarzeniach. Po tej roli aktor grywał głównie postaci pierwszoplanowe lub co najmniej bardzo znaczące dla fabuły – „Trzej muszkieterowie” (1948) i jego kardynał Richelieu, czy „Baron of Arizona” (1950), tu jako James Addison Reavis, tytułowy baron.

W 1953 roku zaakceptował rolę Henry’ego Jarroda w „Gabinecie figur woskowych”, która zmieniła jego karierę. Film opowiadał o rzeźbiarzu figur woskowych, który został odrażająco okaleczony w trakcie podpalenia jego pracowni. Ku wielkiemu zaskoczeniu dawnych  znajomych , nie zginął i teraz przygotowuje plan zemsty. Film okazał się wielkim sukcesem, a w kinach wyświetlany był w technice trójwymiarowej (jest to pierwszy film nakręcony w formacie 3D), co dla ówczesnego widza było nie lada przeżyciem. „Gabinet figur woskowych” wytyczył ścieżkę, z której Price nie zszedł już do końca życia. Rok później, wystąpił w tytułowej roli w „The Mad Magician”, a od 1958 roku, po wejściu na ekrany „Muchy”, kręcił jeden horror za drugim i od razu stał się gwiazdą tego gatunku. Już w samym 1959 roku pojawiał się w takich klasykach kina grozy jak: „Dom na przeklętym wzgórzu”, „The Tingler”, „Powrót muchy” i „Nietoperz”. Na szczególną uwagę zasługują zwłaszcza „Dom na przeklętym wzgórzu” i „The Tingler”. Price, gra tu ludzi, którym dobrze powodzi się wszędzie , poza małżeństwem. Rewelacyjne są sceny z obu filmów, gdy to z odtwórczyniami swoich żon,  prowadzi pełne ciętej ironii konwersacje, których głównym tematem jest śmierć – jego albo żony. Był to dopiero przedsmak tego, co miało się wydarzyć rok później, czyli trwająca do 1965 roku praca, przygoda i podróż z Rogerem Cormanem kręcącym opowiadania Edgara Allana Poe. Spółka Price/Corman/Poe wypuściła na ekrany siedem  filmów, do dziś uważanych za obowiązkowe do obejrzenia przez każdego miłośnika klasycznego gotyckiego horroru. Pierwszym z nich była „Zagłada Domu Usherów” z 1960 roku.

Akcję „Zagłady…” rozpoczyna przybycie Philipa Winthropa, narzeczonego Madeline Usher, do Domu Usherów w Nowej Anglii. Roderick Usher, pan domu i brat Madeline stara się odwieść Philipa od ślubu. Jego zdaniem,  ród Usherów powinien wygasnąć wraz ze śmiercią jego i Madeline, gdyż ich przodkowie byli psychopatami, mordercami i potępieńcami. Ma sporo racji – Madeline cierpi na katalepsję, a Roderick na chorobliwe wyostrzenie zmysłów, przez co odczuwa na własnej skórze i umyśle zło tkwiące w posępnych murach domu.

[strona_podzial]Price,  jako Roderick Usher już od samego momentu pojawienia się na ekranie tworzy atmosferę niepewności i napięcia. Jest bardzo delikatny, wręcz zastanawiająco spokojny, ale stanowczy. Cicho, lecz wyraźnie opowiada o swoim osobliwym schorzeniu słuchu i wzroku – o tym, że każdy głośniejszy dźwięk przecina jego umysł jak nóż, a nawet blade światło jest dla niego nie do zniesienia. Uwagę przykuwa jego strój i wygląd: ma na sobie długi czerwony płaszcz (niestety tylko w pierwszych scenach; później ubrany jest w czarny frak i czarne spodnie z epoki). W białych, prawie platynowych włosach (choć daleko mu było do starości), kryje się coś „niezdrowego”, co podkreśla jego dziwne usposobienie. Mocno niebieskie oczy i czarne brwi tworzą przenikliwe, maniakalne spojrzenie, znak rozpoznawczy Price’a, na którym oparł większość swoich ról. Głos – czysty, głęboki, hipnotyzujący, który sam w sobie zmusza do słuchania. Tym właśnie głosem , mówi o sobie jako o figurce ze szkła, która pod wpływem lekkiego dotknięcia może się rozsypać. Przez chorobliwe wyostrzenie zmysłów,  tak mocno odczuwa wszystko wokół, że jest przekonany o swojej nadchodzącej śmierci. Jednak w znacznie większej mierze,  to Dom Usherów działa na niego w tak destrukcyjny sposób. Jest to wielkie, rozsypujące się, gotyckie zamczysko, od wieków przesiąknięte złem przodków Rodericka, ludzi dopuszczających się najgorszych zbrodni i przeważnie kończących tak samo – w obłędzie. Silna wiara w rodowe przekleństwo, doprowadza go do chęci samozniszczenia i pogrzebania wszystkiego, co stworzyli Usherowie.

Całą oś filmu stanowi zdecydowanie Price. Stwarza postać surową, chłodną, jednak cały czas wzbudzającą respekt. Na początku filmu można mu nawet współczuć, gdy to widzimy jak niemożliwe do zniesienia jest dla niego, choćby kołatanie dla drzwi kilka pięter niżej albo nieznaczne podniesienie głosu. Wspaniale wykorzystał mimikę twarzy, mieszając opanowanie z długotrwałym cierpieniem, okazywanie uczuć siostrze z niedorzeczną chęcią uśmiercenia jej wraz ze sobą. Takie, i inne emocjonalne kompilacje , Price ukazywał wcielając się w bardzo różne postacie i wspaniale udowadniał widzowi, ile jeszcze nie odkrytego zła może się kłębić w człowieku i do czego może ono doprowadzić, jeśli nie starczy nam charakteru, by się oprzeć.

Drugim w kolejce dziełem spółki Price/Corman/Poe była „Studnia i wahadło” (1961). W fabule można się doszukać wielu nawiązań do wcześniejszej „Zagłady Domu Usherów” – do pałacu zamożnej rodziny przybywa ktoś, kto chce się koniecznie zobaczyć z panią domu, on i gospodarz popadają w konflikt z powodu kobiety, której domniemana śmierć i śledztwo z nią związane zagrażają życiu obecnych, a całość uzupełnia nietuzinkowa przeszłość domu, poczucie klaustrofobii i panoszący się obłęd. Nowością jest precyzyjnie uknuta intryga, która ma na celu zgubić pana domu.

Vincent Price, tu jako Don Nicholas Medina, ostatni z rodu i wdowiec opłakujący niewyjaśnioną „śmierć” żony, posuwa się znacznie dalej w analizie szaleństwa i jego skutków, niż zrobił to grając Rodericka Ushera. Torturują go,  nie tylko myśli o utracie ukochanej Elizabeth, ale i piętno jakie odcisnęły na nim wspomnienia z dzieciństwa (był świadkiem jak  ojciec zamordował stryja i zamurował matkę żywcem za to, że ze sobą romansowali). Price , ma tu jeszcze lepszą sposobność do wykorzystania swojego cennego talentu gry spojrzeniem, które jest jego głównym narzędziem w uzewnętrznianiu emocji, jakimi targany jest obłąkaniec. Prezentuje wszystkie możliwe stadia choroby psychicznej, od niegroźnej otępiałości umysłu, do ostatecznej utraty zdolności kojarzenia miejsca, czasu i akcji. W ostatniej fazie szaleństwa, całkowicie traci kontakt z rzeczywistością, „przeistacza się” w swego ojca, ma na sobie jego szaty, a nawet mówi jego głosem. Pełen przerażającej satysfakcji opowiada swojej ofierze, jaką okrutną śmierć dla niej przygotował. Uruchamia wahadło i z uśmiechem na twarzy patrzy jak opada ono coraz niżej. Tak przekonująco wciela się w postacie ojca i syna, że zaledwie 4 lata później parodiuje samego siebie i epizod z wahadłem w komedii „Dr. Goldfoot and the Bikini Machine”. Po raz kolejny mimika twarzy okazała się kluczem do sukcesu.
[strona_podzial]W zamierzeniu Rogera Cormana, jeden z kolejnych filmów z Vincentem Price’em, nie miał być nakręcony na podstawie twórczości Poego. Mowa o „Nawiedzonym pałacu” z 1963 roku, który z samym wierszem łączy jedynie tytuł. Nie zmieniła się za to tematyka, czyli zło tkwiące w domu. Pada pytanie: „Jak często można robić filmy o tym samym?”. Otóż,  tylko na pierwszy rzut oka o tym samym. W przypadku „Nawiedzonego pałacu” , to właściciel urodził się zły, a sam pałac powstał na podwalinach czarnej magii i sił nieczystych.

Price,  ponownie wciela się w dwóch osobników połączonych więzami krwi – Charlesa Dextera Warda i jego pra pra dziadka, Josepha Curwena. Curwen wybudował swój wielki zamek w wiosce Arkham. Tam zajmował się czarną magią i przeprowadzał eksperymenty na młodych dziewczynach. W jego posiadaniu znajduje się księga, Necronomicon. Pewnej nocy ludność Arkham postanowiła skończyć z Curwenem. Wywlekli go z zamku, przywiązali do pobliskiego drzewa i żywcem spalili. Curwen przed śmiercią zdążył rzucić klątwę na wioskę i jej mieszkańców. Obiecał też, że kiedyś powróci, by się zemścić. 110 lat później do Arkham przyjeżdża Ward z żoną Ann, którzy odziedziczyli zamek. Mieszkańcy dobrze wiedzą, co wydarzyło się przed laty i na widok Warda, który wygląda dokładnie jak Curwen, uznają, że klątwa zaczyna się wypełniać. Jedynie lekarz pomaga parze i pokazuje im drogę do domu. Tam Ann zauważa w salonie okazały portret i od razu stwierdza, że jest na nim jej mąż. To jednak portret Josepha Curwena, za pośrednictwem którego będzie chciał przejąć kontrolę nad duszą i ciałem swego potomka , oraz wykorzystać go do kontynuacji przerwanych eksperymentów.

Cały film stanowi wspaniałe pole do popisu dla talentu Price’a, który wciela się tu w dwie role. Raz gra łagodnego, opiekuńczego i troskliwego męża, by w mgnieniu oka przemienić się w zimnego do szpiku kości i pałającego zemstą okrutnika. Świetnie wypada także w ostatnich scenach, gdy to podczas recytowania pełnych patosu reguł z Necronomiconu, uzyskuje coś na kształt nakładania się na siebie dwóch postaci. Tę samą technikę „nałożenia” wykorzystuje w scenach z żoną, która coraz bardziej załamuje się z powodu zmiany męża – twarz pełna triumfu i delikatności zarazem, a w oczach spokój i ogień jednocześnie. Samo zakończenie wieńczy występ Price’a – z jego twarzy i głosu nie sposób wyczytać który z nich ostatecznie wywalczył sobie ciało Warda.

Corman i Price w sumie nakręcili 7 filmów na podstawie twórczości Edgara Allana Poe: „Zagłada Domu Usherów” (1960), „Studnia i wahadło” (1961), „Opowieści niesamowite” (1962), „Kruk” (1963), „Nawiedzony pałac” (1963), „Maska czerwonego moru” (1964) oraz „Grobowiec Ligei” (1965). Price był ulubionym aktorem Cormana. Reżyser cenił w nim przede wszystkim połączenie ironicznego humoru z dekadencją – mówił o nim, że „jest ostatnim potomkiem tej wyrafinowanej cywilizacji, którą przerost kultury doprowadził do dekadencji”. To właśnie praca z Rogerem Cormanem przyniosła Price’owi największą sławę, a ich wspólne filmy stanowią żelazny obowiązek każdego miłośnika klasycznego horroru.

Lata 60. i 70. były złotym okresem w karierze Vincenta Price’a i obfitowały w jego najsłynniejsze role. „Ostatni człowiek na Ziemi” (1964) to pierwszy film w historii kina o zombie, nakręcony na podstawie książki Richarda Mathesona „Jestem legendą”. Gra tam naukowca, któremu przyszło zmierzyć się z tajemniczą zarazą dziesiątkującą ludzkość. W swoim mieście, i jak mu się wydaje – na całej ziemi, jest ostatnim ocalałym, którego dziwnym trafem nie dotknął zabójczy wirus. Price, gra człowieka zmęczonego walką z codziennością i czyhającymi na niego zombie, załamanego z powodu utraty rodziny i przyjaciół, stopniowo pogrążającego się w depresji i psychicznie umierającego. Jest to bodaj najbardziej pesymistyczny i przejmujący obraz emocjonalnej wojny z własnym życiem, w całej karierze aktora. Film ten doczekał się niejednego remake’u; w 2007 roku na ekrany kin wszedł kolejny z nich pt. „Jestem legendą” z Willem Smithem w roli głównej.

Price grywał również z wielką chęcią w czarnych komediach, ze wspomnianym już „Krukiem” (1963) i „The Comedy of Terrors” (1964) na czele. W obu filmach wystąpił z Borisem Karloffem oraz Peterem Lorre, dając znakomity popis swoich możliwości w scenach pełnych makabrycznych i niedorzecznych sytuacji oraz dialogów, jednak cały czas niezwykle humorystycznych.
[strona_podzial]Inne,  bardzo ważne filmy
grozy z udziałem Price’a to: „Diary of a Madman” (1963), „Twice-Told Tales” (1963), „Robak zwycięzca” (1968), „The Oblong Box” (1969) – film, który zapoczątkował wieloletnią przyjaźń z inną gwiazdą horroru, Christopherem Lee, „Cry of the Banshee” (1970), „Odrażający Dr Phibes” (1971) i jego druga część „Dr. Phibes Rises Again” (1972), „Krwawy teatr” (1973), czy „Madhouse” (1974). Na uwagę zasługują zwłaszcza dwa, kultowe już filmy o doktorze Phibsie. Price wciela się w postać słynnego organisty z tytułem doktora z muzyki i teologii, który według wszystkich zginął w wypadku samochodowym, gdy to spieszył się do operowanej żony, która jednak zmarła. Phibes cudem przeżył wypadek, ale stracił głos, a jego twarz została okropnie zdeformowana. Po latach dochodzi do siebie i chce za wszelką cenę pomścić ukochaną. Opracowuje więc plan, mający na celu uśmiercić w wymyślny sposób każdego z niekompetentnych lekarzy, którzy operowali żonę. Price został pozbawiony w obu filmach swojego wielkiego atutu, jakim był jego głos, więc w całości oparł swoja rolę na precyzyjnej mimice twarzy, a głównie oczu, w których widzimy żądzę zemsty, ból z powodu śmierci żony i gorącą nienawiść do swoich przyszłych ofiar. Podobną tematykę podejmuje „Krwawy teatr” (1973). Tu Price odtwarza pośledniego szekspirowskiego aktora, Edwarda Lionhearta, przez lata wyśmiewanego i znieważanego przez recenzentów. Podejmuje próbę samobójczą, wyskakując z wysokiego piętra na oczach grupy krytyków. I tym razem zostaje wzięty za umarłego, choć przeżywa skok do wody i wraca do siebie przy pomocy przypadkowych bezdomnych. Fizycznie wychodzi z całej sytuacji bez szwanku, jednak jego duma ucierpiała z powodu lat niepomyślnych recenzji. Zamierza zabić każdego krytyka, który napisał o nim choć jedno negatywne zdanie, dokładnie tak, jak ginęli szekspirowscy bohaterowie. Price przez zdecydowaną większość filmu recytuje poszczególne sztuki Szekspira, podczas gdy rzeczywistych dialogów jest niewiele. Uwidacznia się talent sceniczny aktora oraz prywatne zafascynowanie Szekspirem. Ze względu na podobieństwo fabuł, „Krwawy teatr” jest przez wielu uważany za trzecią część  filmów o doktorze Phibsie, a według dużej części miłośników aktora role w tych filmach są najlepszymi w dorobku Price’a.

Nie można zapomnieć o wpływie, jaki miały filmy z Price’em na młodszych twórców, z Timem Burtonem na czele (w samym „Jeźdźcu bez głowy” (1999) można się doszukać wielu odniesień do „Studni i wahadła”). Burton jest wielkim fanem Price’a i z tego względu poprosił swego idola o użyczenie głosu w trwającym 6 minut filmie animowanym „Vincent” (1982), który opowiada o chłopcu obsesyjnie zafascynowanym Vincentem Price’em. Kontynuowali swoją współpracę, gdy to w 1990 roku Burton obsadził już 79-letniego Price’a w roli wynalazcy w „Edwardzie Nożycorękim”. Aktor zmarł 25 października 1993 roku w Kalifornii w wieku 82 lat.

Vincent Price w wielu swoich filmach,  grał ludzi dotkniętych osobistą tragedią i szukających zemsty. Jednym z jego najważniejszych atrybutów był niski, bardzo subtelny, tajemniczy i niepokojący głos. Dzięki niemu,  często był narratorem czytanych na antenie radia powieści („The Price of Fear” – jego własna audycja na falach BBC) oraz podkładał głosy w przeróżnych filmach („Wielki mysi detektyw” Disneya). Jego znakiem rozpoznawczym była też umiętność przekonywującego grania mimiką twarzy, a także charakterystyczne spojrzenie, drwiące i poważne zarazem. Tajemnica sukcesu, leżała także w wysoce dystyngowanym, kulturalnym, ale w jakiś sposób budzącym grozę sposobie prezentowania postaci. Wszystkie te czynniki sprawiły, że został ochrzczony mianem „Króla Horroru”. Myślę, że ukoronowaniem kariery Vincenta Price’a , jako właśnie Króla Horroru będą jego słowa z „Gabinetu figur woskowych”: „I′m going to give people what they want: sensation, horror, shock” („Zamierzam dać ludziom to, czego chcą – uniesienie, przerażenie, szok”). I dotrzymał słowa.

Autor: Agata Lisiecka

blog własnością StacjaKulutra.pl i jest jego częścią. Witryna utrzymana dzięki AMSO RENT Wynajem komputerów.

Manna recenzja filmu

Polska kinematografia stoi obecnie na przerażająco niskim poziomie. Kolejne produkcje w stylu np. „męska odpowiedź na Lejdis”, widniejąc przy tym na co drugim plakacie w kinie – po prostu zwalają mnie z nóg. Komedie może i Polakom wychodzą, ale ile można ich jeszcze kręcić? Tym bardziej, że filmy o walczących w obronie ojczyzny żołnierzykach z szabelką w ręku przestały być już nawet dobrym „dowcipem”. Na ratunek przychodzi jednak młody debiutant, który swoim pierwszym dziełem zdobywa nagrody i daje mi nadzieję na lepsze jutro polskiego kina.

Marcin budzi się w polonezie, na jakiejś leśnej polance. Nic nie pamięta i w dodatku nie ma zielonego pojęcia, w jaki sposób się tam znalazł. Kluczyków do samochodu nie posiada, zaś z bagażnika wychodzi Piotrek, którego mózg jest tak samo „wyczyszczony” jak u Marcina. Chłopcy zaprzyjaźniają się tudzież starają rozwikłać zagadkę tajemniczej teleportacji na polankę. Żeby problemów było mało – nie mogą się z niej wydostać. Otacza ich rzeczywistość niczym z trójkąta bermudzkiego. Na pomoc przychodzą im spadające z nieba karteczki. Pozwalają także wypowiadać po jednym życzeniu do każdej z nich. Bohaterowie nie są wymagający – zamawiają tylko „pizzę i browarek”, mając przy tym świetny ubaw. Czas leci jednak szybko, natomiast dywagacje między chłopcami robią się coraz dziwniejsze.

Moim zdaniem to najlepszy pomysł na film, który jest w stanie ożywić kilkuletnią i ponadto nużącą tendencję polskiego kina. Zabawna, przewrotna oraz zaskakująca fabuła zachwyca, szybko wciągając widza. Główni bohaterowie są wyraziści tudzież naturalni, co sprawia, że natychmiastowo zaskarbiają naszą sympatię. Młody reżyser, w swoim zakręconym przedsięwzięciu, wiedzie nas przez dziwaczną historię, gdzie irracjonalne sytuacje zderzają się ze sobą nawzajem w czasoprzestrzennej pętli. Pomimo tego, że „Manna” cechuje się zabarwieniem komediowym, posiada także elementy dramatu, momentami nawet lekkiej psychodeliczności. Film jest zarówno obrazem młodego Polaka jak i każdego człowieka, który mógłby się znaleźć w podobnej sytuacji. Takich ludzi jak Hubert Gotkowski potrzebuje polskie kino, gdyż są dla niego szansą na odrodzenie filmowego biznesu. Niecierpliwie czekam na kolejne takie produkcje. Serdecznie polecam tę opowieść wszystkim wrogom produkcji made in Poland J.

Reżyseria: Hubert Gotkowski
Scenariusz: Hubert Gotkowski
Obsada: Marcin Kabaj, Natalia Szypuła, Filip Rojek
Gatunek: Komedia, dramat

Ocena: 7/10

Autor Jakub Lipczik

AMSO Laptopy poleasingowe Warszawa sponsor witryny. Blog jest częścią StacjaKultura.pl

Zainteresowanych zapraszam do obejrzenia zwiastunu, który znajduje się TUTAJ.

Apocalypto recenzja filmu

Reżyser przedstawił w tym filmie swoją wizję drogi krzyżowej Chrystusa, zrealizował obraz z wielką surowością i brutalnością. Nie inaczej jest w przypadku „Apocalypto”.

„Pasja” i „Apocalypto” to zupełnie dwa oddzielne fabularnie filmy. Zdjęcia do tego drugiego powstawały w 2006r. w całkowitym ukryciu. Mel Gibson nie tylko napisał scenariusz, ale wziął się też za produkcję i oczywiście reżyserię. Można więc powiedzieć, że „Apocalypto” to jego osobisty projekt. Zapowiedzi były obiecujące.

W filmie nie występują żadne gwiazdy, fabuła opowiada o końcu cywilizacji Majów, a bohaterowie posługują się rodowitym językiem. Historia opiera się na przeżyciach jednego z wielu wojowników amazońskiej dżungli – Łapy Jaguara. „Apocalypto” rozwija się stopniowo, najpierw opisywane są przeżycia bohaterów, ich wzajemne relacje, codzienne czynności, polowania itd. Wszystko ukazane jest na przykładzie jednego z plemion. Wśród nich Łapa Jaguara jest mężczyzną szanowanym, młodym i nieco beztroskim. Chce być dobrym ojcem dla swojego dziecka. Od początku jednak możemy zaobserwować, że jest człowiekiem innym od pozostałych, wyjątkowym. Wydaje się być nieco przestraszony wizją wkroczenia w bezwzględną dorosłość, czasami działa pod wpływem strachu.

Nadchodzi czas próby dla Łapy Jaguara. Pewnego dnia jego wioskę napada inne plemię. Bohaterowi udaje się jednak sprytnie ukryć swoją ciężarną żonę i dziecko, a sam wybiera się do miejsca kultu – legendarnego kamiennego miasta. Podróż ta wydaje się być dla bohatera kompletną niewiadomą. Dopiero później zdaje sobie sprawę, że ma zostać złożony w ofierze tamtejszym bożkom. Wtedy zaczyna się wielka ucieczka Łapy Jaguara w amazońską dżunglę. Jest to o tyle trudne, że jego wrogowie są wręcz zdesperowani, aby schwytać bohatera. Mężczyzna musi nie tylko uciec swoim przeciwnikom, ale również sprostać niepoznanej jeszcze naturze i wrócić po swoją rodzinę.

„Apocalypto” niewątpliwie wciąga. Ogromną zaletę stanowią zdjęcia Deana Semlera, który z łatwością operuje kamerą w dżungli. Sceny gonitw, pościgów, polowań są sfilmowane bardzo efektownie. To również zasługa sprawnej reżyserii Mela Gibsona, który realizuje fabułę. Tym filmem przekonał mnie do siebie całkowicie. Dawno nie oglądałem obrazu, który wciągnął mnie w tak dużym stopniu już od pierwszej minuty. Mimo że film trwa ponad dwie godziny, nie nudzi i stale trzyma w napięciu.

Film wydaje się być produkcją perfekcyjną. Zaskakuje, nie jest przesadzony ani naciągany, ma świetną muzykę i wspaniałą, egzotyczną scenerię. Cały czas podążamy śladami Łapy Jaguara, mamy okazję poznać wszelkie niebezpieczeństwa czyhające w dżungli. Może pod koniec filmu robi się zbyt heroicznie i patetycznie, ale to zupełnie nie przeszkadza w oglądaniu. Gibson niewątpliwie poradził sobie z tematem, bo chociaż historia może wydawać się z pozoru nieco naiwna i wyolbrzymiona, w rzeczywistości taka nie jest.

Ten, kto jednak spodziewał się opowiedzenia historii schyłku cywilizacji Majów, ich wewnętrznego rozłamu oraz momentu wkroczenia na ich ziemię konkwistadorów, mocno się zawiedzie. Mel Gibson jedynie sygnalizuje to zjawisko, szczególnie pod koniec filmu. „Apocalypto” nie ma w sobie dużej dawki historii, bo reżyser postawił na akcję i świetną pod każdym względem, wciągającą opowieść.[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: Apocalypto
Produkcja: USA
Rok wydania: 2006
Dystrybutor: Monolith
Reżyseria: Mel Gibson
Scenariusz: Mel Gibson, Farhad Safinia
Zdjęcia: Dean Semler
Muzyka: James Horner
Obsada: Rudy Youngblood , Dalia Hernandez, Jonathan Brewer
Gatunek: Dramat, przygodowy
Czas trwania: 139 min.

Ocena: 8/10

autorem recenzji jest Juliusz Żebrowski

Sponsorem witryny jest sieć sklepów AMSO Komputery poleasingowe. Blog jest częścią StacjaKultura.pl

Gwiezdne Wojny: Wojny Klonów recenzja filmu

Filmy o przygodach wojowników ze świetlnym orężem i losach republiki są równie niezbędną serią do obejrzenia jak „Władca pierścieni” czy „Rambo”. Właściwie widział je każdy, aczkolwiek albo się je kocha, albo nienawidzi. Dla mnie jest to ewidentnie wciągające tudzież porywające kino przygodowe, które za każdym razem sprawia, że nie chcę wychodzić z kina. Mam ponadto cichą, niekiedy naiwną nadzieję, że seans będzie trwał wiecznie. Coraz więcej dużych produkcji jest robionych cyfrowo, dzięki nowoczesnej animacji można w nich pokazać znacznie więcej, a także dodać pewnego smaczku. Przecież chyba wszyscy lubią „bajki”? Nadszedł więc czas na słynne „Gwiezdne wojny” – wyprodukowane właśnie w tym stylu. Należy dodać, że w tej postaci pojawiły się już jako serial wg Genndy Tartakovsky’ego. Animacja opowiada o wojnie republiki oraz jej klonów z bezlitosnym hrabią Dooku i jego podwładnymi. Sithowie po raz kolejny chcą przejąć władzę, a także udowodnić, że nie ma od nich lepszych rycerzy. Na ich drodze stanie mistrz Anakin Skywalker, który w towarzystwie swojego byłego mentora – Obi-Wan Kenobiego – spróbuje uratować syna Jabby Huda z rąk hrabiego. Dooku chce namówić władcę planety Tattoine, aby dołączył do walki przeciwko państwu Amidali, wrabiając przy tym rycerzy Jedi w porwanie tudzież próbę zabójstwa jego pierworodnego. Waleczny i nieposkromiony, ale niesamowicie utalentowany Anakin dostanie też dodatkową misję od Yody. Będzie miał za zadanie wychować Padawana. Młoda adeptka o imieniu Asooka bardzo przypomina mistrza Skywalker’a za czasów, kiedy był uczniem Kenobiego. Z początku nie mogą dojść ze sobą do konsensusu, ale wynik końcowy ich wspólnej pracy jest fenomenalny. Jako duet stanowią niezbędny element wojsk republiki. Nie ma dla nich misji nie do wykonania. Oczywiście ich głównym zadaniem będzie odbicie małego Jabby oraz oczyszczenie rycerzy Jedi z zarzutów.

Film obfituje w bajeczne pejzaże i genialne efekty specjalne. Animacja jest surowa, ale jednocześnie bardzo przejrzysta tudzież dokładna. Pojedynki na miecze świetlne to prawdziwy majstersztyk – lasery oraz pociski plazmowe bez przerwy „śmigają” bohaterom koło uszu. Spotkamy również starych znajomych, takich jak: C3PO, mistrz Indu, a także lorda Sidiusa. Do czynienia będziemy mieć z nowymi przeciwnikami i pozytywnymi bohaterami, np. generałem Rexem czy wujkiem Jabby: Zero. Ścieżka dźwiękowa, którą znamy ze wszystkich części tworzy idealny klimat. Wówczas, gdy widzimy napisy tytułowe, sunące w górę ekranu, serce bije nam szybciej, zaś w uszach wyobrażamy sobie dźwięk „odpalanego” świetlnego miecza. Jednym słowem znacznie więcej Jedi, laserów, klonów i „Gwiezdnych Wojen”. Chyba nigdy nie będę miał dosyć produkcji George’a Lucasa – oby jego pomysły zaowocowały kolejnymi filmami.

Reżyseria: Dave Filoni
Scenariusz: Henry Gilroy, George Lucas
Obsada: Matt Lanter, Ashley Eckstein, James Arnold Taylor
Gatunek: Animacja, sci-fi, akcja

Ocena:
7/10

Autor Jakub Lipczik

Blog jest częścią StacjaKultura.pl, która jest utrzymywana dzięki uprzejmości AMSO Laptopy poleasingowe warszawa.