Thor recenzja filmu

Całe uniwersum Marvela powoli wypełnia się kolejnymi postaciami – przygotowując nas jednocześnie do „The Avengers” w 2012 roku. Bardzo przyjemnym aspektem są też krótkie filmiki wprowadzające do następnych części,  a pojawiają się po każdej ekranizacji spod skrzydeł Marvel Studios (zaczęło się już od „Iron Mana”). Jak wiadomo „Mściciele” to Wasp, Spider-Man, Wolverine, Hulk/Banner, Iron Man i właśnie bóg piorunów Thor. Bohater nowego filmu razem z Kapitanem Ameryką był założycielem grupy, która podlegała Nickowi Fury, a także organizacji S.H.I.E.L.D. Członkowie „Avengers” zmieniali się przez lata, ale fasadę grupy stanowili wyżej wymienieni superbohaterowie. Twórcami ich przygód byli: ojciec X-Menów Stan Lee i twórca „Fantastic Four” Jack Kirby. Kilka z nich miało już swoje filmy ale przed nami jeszcze przygody Fury’ego, Cap’a i co najmniej dwa spin-offy, m.in. o poruczniku „Hawkeye” (genialnym snajperze-łuczniku odgrywanym przez Jeremy’ego Rennera).  Kolejną ekranizacją zaczynamy od celtyckiego boga-wojownika.

Czytaj dalej Thor recenzja filmu

Teoria spiskowa Marvela!

Obecnie znane jako Marvel Studios, przy czym wykupione przez Walt’a Disneya, kiedyś musiało korzystać z pomocy innych wytwórni filmowych. Powstałe w 1939 roku wydawało swoje mało znane powieści obrazkowe w gazetach. Potem- jako Atlas Comics- coraz bardziej rozwijało swoją działalność. W końcu, po wielu, można by rzec reinkarnacjach, stało się jednym z najważniejszych komiksowych wydawnictw w Stanach Zjednoczonych w 1960 roku. Pozyskało m.in. takie postaci jak: Stan Lee, Jack Kirby czy Steve Ditko i stworzyło największy koncern komiksowy- obejmujący na chwilę obecną nie tylko rysowane historie, ale również filmy, gry, animacje czy gadżety.

Czytaj dalej Teoria spiskowa Marvela!

Wall-E recenzja filmu

W dobie ogólnego konsumpcjonizmu i masowej komputeryzacji często pojawiają się produkcje dotyczące zagłady ludzkości. Jak jednak można to ubrać w animację? A właśnie w taki sposób w jaki zrobili to twórcy przesympatycznego Wall E′ego. Kiedy zasiadałem przed seansem nie oczekiwałem ambitnej, a tym bardziej tak zabawnej historii. Pełen przekazów, emocji, uczuć film trafia w sedno każdego widza.

Film opowiada o robocie, który pozostał sam na Ziemi, po tym jak wszyscy ludzie uciekli w kosmos z powodu za dużego zaśmiecenia planety. Nie ma już oceanów, rzek, błękitnego nieba. Tylko pustynie śmieci, które Wall E sprzątał, gdyż jest robotem przetwarzającym. Bardzo szybko się jednak uczy i uwielbia oglądać telewizję. Pewnego razu, na Ziemię przylatuje dziwny statek, który wysyła białego robota bojowego do sprawdzenia planety. Nasz bohater poznaje nowego przybysza o imieniu „EVA”. Gdy nowy przyjaciel Wall E’go znajduje to, po co przybył, zostaje zabrany z powrotem w kosmos. Nie leci jednak sam, razem z Eva podróżuje też mały robocik, który nie wie, że w miejscu z którego pochodzi jego sympatia, to właśnie on przeprowadzi istną rewolucję.

Naprawdę nietuzinkowa animacja, piękne zdjęcia i efekty zachwycają oko, a mechaniczni bohaterowie bardzo szybko kradną nasze serca. Relacja pomiędzy bohaterami została ukazana w tak niezwykły sposob, żę momentami ciężko jest nam uwierzyć jak właściwie niemi bohaterowie (w dodatku mechaniczni) mogą przybliżać nam nasz własne, ludzkie rozterki nie tylko te sercowe. Mimo, że nie wypowiadają praktycznie żadnych słów, są bardziej wymowni niż niejeden aktor.  Przygody robotów okala bardzo klimatyczna muzyka i bajeczna wręcz animacja. Całość idealnie do siebie pasuje zabierając nas w podróż nie tylko w kosmos ale i do wnętrza każdego z nas. Główni bohaterowie z upływem fabuły stają się ikonami rewolty, jaka będzie miała miejsce w ludzkiej historii i faktycznie, trzeba się zastanowić, czy nie czeka nas taki los jak ludzi, którzy uciekli z Ziemi. Świetny pomysł twórców, zrealizowany w tak fantastyczny sposób, że nie można przejść obojętnie obok tego filmu.

Moim zdaniem, jest to najlepszy obraz animowany, jaki dotychczas wypuścili twórcy z Pixar Studios i nie wiem czy nie najlepszy w przeciągu kilku czy nawet kilkunastu lat. Teraz, żeby przebić „Wall E”, konstruktorzy animacji będą musieli bardzo się postarać, bo kolejne produkcje widzowie na pewno będą porównywać do przygód małego robota.

autor: Jakub Lipczik

Witryna jest częścią StacjaKultura.pl, a tekst jest własnością tego portalu. AMSO Rent Wynajem Komputerów jest sponsorem wszystkich witryn należących do StacjaKultura.pl

[strona_podzial]


Tytuł oryginalny:
Wall-E
Produkcja: USA
Rok wydania: 2008
Dystrybutor: Forum Film
Reżyseria: Andrew Stanton
Scenariusz: Andrew Stanton
Obsada: Ben Burtt, Elissa Knight, Jeff Garlin
Gatunek: Animacja, familijny, sci-fi
Czas trwania: 98 min.

Ocena: 9/10

Paranormal Activity recenzja filmu

Jedenaście tysięcy dolarów, nierozpoznawalni aktorzy i scenariusz w formie szczątkowej – to wszystko, czym dysponował Oren Peli, tworząc swój filmowy obraz i prawdopodobnie nawet nie licząc na to, że zwróci on stukrotnie swój budżet. Na czym zatem polega fenomen horroru, który przeraził samego Stevena Spielberga?

Katie od dawna przeczuwa, że jest prześladowana przez pozaziemską istotę. Jak później informuje ją zatrudnione medium, nie jest to duch, a więc istota ludzka, ale siła zła- demon. Zachwycony sytuacją Micah, który nie traktuje obaw narzeczonej poważnie, kupuje kamerę, aby przyłapać intruza na gorącym uczynku. Od tej pory widz towarzyszy parze o każdej porze nocy i dnia, stając się świadkiem osobliwego, mrożącego krew w żyłach, reality-show. Co budzi w tym obrazie większą grozę – czy fakt, że wydarzenia rozgrywają się niejako „na żywo”, stając się przez to bardziej uprawdopodobnionymi, czy może same zjawiska paranormalne, jakie stopniowo rejestruje włączony sprzęt, a może napięcie wywołane oczekiwaniem na nadnaturalne zdarzenie- trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, wszystkie te elementy tak harmonijnie z sobą współgrają, że nastrój grozy i strachu stopniowo wzrasta, uniemożliwiając jednocześnie oderwanie oczu od ekranu w oczekiwaniu na wyjaśnienie paranormalnej zagadki.

I chociaż nie pojawiają się w filmie duchy, potwory ani przybysze z innych planet – a więc elementy, którymi karmią nas największe hollywódzkie produkcje ostatnich czasów, „Paranormal activity” i bez tego powoduje gęsią skórkę u najzagorzalszych wielbicieli filmów tego gatunku. Horror Peli pobudza bowiem wyobraźnię i oddziałuje na psychikę odbiorcy pośrednio, pobudzając w ten prosty sposób jedno z pierwotnych uczuć ludzkich- strach.

Dwa lata to okres, w jakim film przeszedł od wytwórni Spielberga na ekrany kin. Słynny producent próbował w tym czasie nakłonić Peli do ponownego nakręcenia horroru- z większym budżetem, znanymi aktorami i mnogością efektów specjalnych. Upór reżysera okazał się świetnym posunięciem. To publiczność zyskała głos rozstrzygający w sporze. Po wyświetleniu filmu na kilku festiwalach filmów niezależnych (m.in. Festiwal Filmowy Tellruide) oraz internetowemu głosowaniu, Spielberg nie mógł dłużej przetrzymywać „Paranormal activity” w archiwum swojej wytwórni. Horror trafił do kin ku uciesze fanów.

W Polsce „Paranormal activity” zobaczyć można od 20 listopada. Jest to niewątpliwie jedna z najważniejszych produkcji 2009 roku, której nie można przegapić. Bardziej zagorzałych wielbicieli filmu ucieszy zapewne fakt, że reżyser rozpoczął już prace nad swoim najnowszym projektem- „Area 51”. Jak przekonuje Peli, horror utrzymany zostanie w podobnym klimacie.

Autor Natalia Klimek

Witryna jest częścią StacjaKultura.pl, a blog utrzymany jest dzięki AMSO Rent Wynajem komputerów

[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: Paranormal Activity
Produkcja: USA
Rok wydania: 2009
Dystrybutor: Vision
Reżyser: Oren Peli
Scenariusz: Oren Peli
Obsada: Katie Featherstone, Micah Sloat, Mark Fredrichs
Gatunek: Horror
Czas trwania: 86 min.

Casablanca recenzja filmu

Nieśmiertelna „Casablanka”- film Michaela Curtiza, znajdujący się na drugim miejscu w rankingu najlepszych melodramatów w historii kina, który został zamieszczonym na naszym portalu.

Elegancki, milczący mężczyzna, pomiędzy kilkoma ścianami, stworzył świat na nowo – rzeczywistość bez granatów, wszechobecnej śmierci, brudu, zniszczenia i głodu, za to pełną układów, układzików oraz szemranych interesów. Rick zamknął się w swym lokalu i zabronił grać Samowi, swemu pianiście, pewną piosenkę, która przypominała mu chwile spędzone w Paryżu u boku jedynej kobiety, którą potrafił szczerze pokochać. W ten sposób pragnął zamknąć pewien rozdział swojego życia, zacząć od początku. I może to wszystko miało sens, może by się udało, gdyby pewnego wieczoru, progu knajpki nie przekroczyła Ilsa – kobieta, która niegdyś spędziła szczęśliwe chwile w Paryżu i znała piosenkę, którą tak bardzo chciał zapomnieć Rick.

Ten krótki wstęp jest oczywiście wprowadzeniem do nieśmiertelnego melodramatu, wyreżyserowanego w latach 40. XX wieku przez Michaela Curtiza, węgierskiego emigranta o żydowskich korzeniach. Podkreślenie narodowości człowieka, który stanął za kamerą nie jest przypadkowe. „Casablanca”, przedstawiająca intensywny świat marokańskiego miasta, będącego azylem zarówno dla ofiar, jak i oprawców czasów II wojny światowej, jest bowiem takim rzeczywistym azylem dla dużej rzeszy aktorów, którzy uciekli z Europy w momencie, kiedy było to jeszcze możliwe. Obok słynnej pary Bogart-Bergman stanęli m.in. Peter Lorre – węgierski aktor, znany chociażby z głośnego „M-Morderca” Fritza Langa (emigrował z Niemiec w roku 1933), Paul Henreid (Austriak, który opuścił Europę w roku 1935) czy Conrad Veidt – niezapomniany zabójca z filmu „Gabinet doktora. Caligari” (emigracja w roku 1933). Międzynarodowa ekipa świetnych aktorów doprowadziła do tego, że „Casablanca” – film, który z założeń wytwórni miał być jednym z wielu – stała się (zupełnie na odwrót) tym jedynym dla wielu pokoleń kinomanów.

„Casablanca” to zdecydowanie jeden z tych tytułów, który mimo upływu lat wciąż wywołuje wśród widzów dreszczyk emocji. Dzięki niezapomnianym rolom aktorskim, o których już wspominałem (w szczególności magnetyzm, jaki wytworzył się pomiędzy Bogartem a Bergman), ale i dzięki scenariuszowi, który mimo melodramatycznej sztampowości oferuje widzom trochę więcej, niż większość tytułów taśmowo realizowanych w latach 30. i 40. w hollywoodzkiej krainie snów. Najmocniejszą stroną skryptu (swoją drogą, opartego na sztuce napisanej przez Murray Burnett po jej podróży do Francji) zdaje się być postać Ricka oraz dylemat przed jakim staje ta nieco tajemnicza (mimo czasu poświęconego jej na ekranie) postać. Mężczyzna musi wybrać pomiędzy jedyną miłością a przekonaniami, które utożsamia mąż Ilsy – jak na ironię zdany na łaskę Ricka. W rezultacie, bohater znajduje się w sytuacji bez wyjścia, klatce – zresztą jego sytuacja wielokrotnie sugerowana jest widzowi przez autora zdjęć (Arthura Edesona), który z upodobaniem odbija na sylwetce mężczyzny cienie krat czy okiennic, zamykając go tym samym w ‘metaforycznym więzieniu’. Ten dramatyczny wątek, doskonale skontrastowany ze zgiełkiem kawiarni Ricka, ze światem układów i interesów dalece przekraczających podział na zwolenników Niemiec czy Wielkiej Brytanii- czyni z „Casablanki” film, który z jednej strony jest pełnokrwistym melodramatem, ale i z drugiej ramy melodramatu powoli zaczyna przekraczać.

Właśnie w tym oraz w kilku niezapomnianych kwestiach i ujęciach, zrealizowanych z niesamowitą pomysłowością (dla przykładu finałowa scena z samolotem w tle odegrana była przez grupę karłów krzątających się na tle makiety- mgła miała na celu ukrycie ewentualnych nieproporcjonalności), tkwi siła filmu Curtiza. Historia Ricka i Ilsy nie starzeje się, ponieważ podświadomie każdy z nas choć odrobinę utożsamia się z bohaterami. Każdy z nas chciałby spędzić te kilka szczęśliwych dni w Paryżu – a potem niech wali się świat…

Autor tekstu: Filip Jalowski

Witryna jest częścią StacjaKultura.pl i jest sponsorowana przez AMSO Rent Wynajem komputerów.

 

[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: Casablanca
Produkcja: USA
Rok wydania: 1942
Reżyseria: Michale Curtiz
Scenariusz: Casey Robinson, Julius Epstein, Philip Epstein, Howard Koch
Zdjęcia: Arthur Edeson
Muzyka: Max Steiner
Obsada: Humphrey Bogart, Ingrid Bergman, Peter Lorre, Paul Henreid, Conrad Veidt
Gatunek: Melodramat
Czas trwania: 102 min.

Miasto złodziei recenzja filmu

Teraz radzi sobie znakomicie, jako reżyser nawet lepiej niż jako aktor. Inspiracji mu nie brakuje, to widać, a złośliwe komentarze na temat jego osoby powoli zanikają. Film „Gdzie jesteś Amando?”, który Affleck wyreżyserował i w którym obsadził w głównej roli swojego brata, był w moim mniemaniu obrazem doskonałym, jednym z najlepszych w tamtym roku.

Natomiast jako aktor Ben zaliczył ostatnio całkiem niezłą rolę w intrygującym „Stanie gry”. Teraz nadeszła pora na rolę potrójną, bo ikona Hollywoodu (chyba mogę używać takiego określenia) zmierzyła się zarówno ze scenariuszem, reżyserią jak i główną kreacją. Tym razem Affleck zainspirował się kinem sensacyjnym. W sieci nie brakuje już porównań do słynnej „Gorączki” z Al Pacino i Robertem De Niro w rolach głównych. Zresztą te porównania są uzasadnione- w „Mieście Złodziei” też mamy pojedynek dwóch twardych osobowości oraz ogromny, ale niepożądany wpływ kobiety na życie mężczyzny. Oczywiście nie warto w tym momencie oceniać filmu Afflecka z perspektywy dzieła Michaela Manna, bo „The Town” raczej nie zamierza rywalizować z „Heat”- stanowi bardziej hołd niż wyzwanie. Bardzo zaskoczyła mnie świeżość tego obrazu oraz fakt, że mimo dość ogranej historii udało się stworzyć kino nieprzewidywalne, trzymające poziom. Biorąc pod uwagę ostatnimi czasy kondycję filmów sensacyjnych, „Miasto Złodziei” zdecydowanie podnosi poprzeczkę, może też ubiegać się o miano najlepszego filmu roku tego gatunku. Ośmieliłbym się nawet zaryzykować tezę, że nie obejdzie się bez nominacji do Oscarów. Wskazują na to chociażby liczne wyróżnienia na festiwalach będących tylko przedsmakiem do rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. I nie mówię tu tylko o nominacji za „Najlepszy Film”, ale również za reżyserię Bena Afflecka, który z tym zadaniem poradził sobie całkiem zgrabnie.

Mamy więc klasyczną historię- 4 facetów znających się od lat napada na banki i okrada samochody w jednej z dzielnic Bostonu. Ich szefem jest Doug MacRay. Oczywiście między mężczyznami istnieje szereg zależności, głównie między Doug’iem, a Jamesem- jest to zresztą bardzo ciekawy wątek produkcji, dobrze rozwinięty. Szef szajki tak naprawdę nie jest złym facetem, nigdy nikogo nie zabił, zawsze stara się nikomu nie wyrządzić krzywdy- z natury jest dobrym człowiekiem, robi po prostu to co umie. Jego przeciwieństwem jest porywczy, ale zdolny do największych poświęceń James. Sytuacja nieco się komplikuje, kiedy panowie dokonują wielkiego skoku, podczas którego jako zakładnika biorą pracownicę banku- Claire Keesey. Kobietę oczywiście później wypuszczają, ale zdają sobie sprawę, że tylko ona poprzez współpracę z FBI będzie w stanie wsadzić ich za kratki. Nikt jednak nie potrafi przewidzieć faktu, że Doug się w niedalekiej przyszłości w Claire zakocha i będzie chciał się dla niej zmienić, po raz pierwszy opuścić Boston, w którym spędził całe dotychczasowe życie. „Miasto Złodziei” przedstawia nam więc ciekawą konfrontację między agentem FBI, który wie, że za szereg rabunków odpowiedzialny jest gang MacRay’a- brakuje mu tylko dowodów- a Doug’iem właśnie, który frajerem nie jest i wie jak uciec od odpowiedzialności. Jeszcze ciekawiej na tle tego wątku rysuje się relacja między Claire, a głównym bohaterem- z początku niewinna, wrażliwa, przekształcająca się z czasem w wielkie zauroczenie i namiętne oddanie. Na uwagę zasługuje również sama postać Jamesa, jako tego, który temperuje Douga i nie popiera jego „miłosnych wyczynów”. Wspomniałem również o zależnościach, które łączą tych dwóch panów. Uwydatniają się one w drugiej części filmu, tej ważniejszej, żywszej, pełnej emocji i ważnych wyborów bohaterów. Ważny jest również wątek dzieciństwa bohatera- jego relacji z ojcem (przebywającym w więzieniu) oraz matką (bardziej wyimaginowaną), która opuściła go kiedy ten miał 6 lat. Bardzo wrażliwie Affleck rysuje motyw zawodu na drugiej osobie, idealizacjai przeszłości jako rozdziału życia niepoznanego, nieodkrytego, nasyconego pewnym sentymentalizmem oraz smutkiem.

To na co można narzekać to trochę za mało konfrontacji między samym agentem FBI- Adamem Frawley- a głównym bohaterem. Brakowało mi twardych dialogów między nimi dwoma (był zaledwie jeden). Ten fakt można jednak pominąć, gdyż akcja filmu miała szybkie tempo, szereg poszczególnych wątków jako nieprzewidywalnych, nurtowały widza i trzymały w napięciu. Nieznana pozostawała też przez cały czas wizja zakończenia. Oczywiście to wszystko stanowi pewne utarte schematy, które już nie raz w kinie widzieliśmy, Affleck jedynie odświeżył gatunek, udało mu się też bardzo umiejętnie sklecić wątki, które normalnie aż tak by nie inspirowały jak to miało miejsce w „Mieście Złodziei”. Bardzo dobrze na ekranie wypadło również samo miasto, czyli Boston, jako miejsce, w którym bohaterowie spędzili całe swoje życie. Kojarzy to się ze swoistą prowincją, wielkim miastem od tej sentymentalnej, szarawej strony, z miejscem, z którego się nie wyjeżdża, nie opuszcza starych murów, z którym wiążą się wszystkie życiowe wspomnienia, nawet te złe. „The Town” to też znakomicie dobrana obsada aktorska-  Ben Affleck, Jeremy Renner (znany  z „Hurt Locker”), świetna ale niedoceniana Rebecca Hall oraz Jon Hamm („Man Men”).

Ben Affleck po raz kolejny podkreślił, że już dawno podniósł się z dna i rusza na podbój filmowej Ameryki. Dobrze powodzi mu się jako aktorowi, ale nawet lepiej jako reżyserowi. Przypominam, że „Miasto Złodziei” wchodzi na polskie ekrany 7 stycznia 2011 roku.

 

Autor; Juliusz Żebrowski

Witryna utrzymana dzięki AMSO REnt Wynajem komputerów. Blog jest częścią StacjaKultura.pl

[strona_podzial]

Tytuł oryginalny: The Town
Produkcja: USA
Rok wydania: 2010r.
Dystrybutor: Warner Bros.
Reżyseria: Ben Affleck
Scenariusz: Ben Affleck, Peter Craig
Zdjęcia: Robert Elswit
Muzyka: David Buckley, Harry Gregson- Williams

Obsada: Ben Affleck, Jeremy Renner, Rebecca Hall, Jon Hamm
Gatunek: Dramat, Kryminał
Czas trwania: 124 min.
Ocena:
 8/10